Kuala Lumpur dzień drugi

Wstałem o brzasku i spakowałem swój cenny dobytek. W moim pierwszym wyborze hostelu był dostępny bowiem tylko nocleg na jedną noc. Przy pomocy sprawdzonej strony, przeszukałem dostępną ofertę i znalazłem przyjemny hostel, w dogodnej do następnych punktów w programie lokalizacji.

Muszę stwierdzić, że płacąc za mały schludny pokoik, z działającą klimatyzacją, z dzieloną czystą łazienką i śniadaniem oraz nieskończonymi dostawami, smarowideł typu dżem, czy miód, a także herbaty czy kawy, z małą dopłatą za internet (5RM), cena 50RM (ok. 31 złotych) za nocleg w jedynce, nie jest na pewno dramatyczna. Da się o wiele taniej, w grupowych pokojach, albo w niższym standardzie. Najtańsze opcje które znalazłem (i o dziwo nie skorzystałem), opiewały w przeliczeniu na parę złotych. Podobno jednak karaluchy nie dają spać (a ja lubię się wysypiać).

Dodatkowo ten hostel, jest w pełni obwarowany, drzwiami z domofonem, potem kratą przy recepcji i do tego kamery przemysłowe. Pozwala to na pewno spokojniej zostawić graty podczas zwiedzania. Nie bez kozery hostel miał tyle pozytywnych opinii od innych turystów.

Zanim jednak tam dotarłem, ponieważ do rozpoczęcia doby hotelowej czasu było sporo, jako że przybyłem tu z niedużym plecakiem, postanowiłem odwiedzić hinduską świątynię po drodze. Muszę stwierdzić, że w takich budynkach oddaje się klimat tego miasta. Wedle przewodnikowych informacji 3/4 ludności to Malajowie, potem 26% to Chińczycy, a hindusi i kraje określane jako ościenne, składają się na resztę.

Dlatego też w China Town, było trochę chińskich buddyjskich świątyń, kawałek dalej jest hinduska świątynia, a w najbliższych godzinach mam zamiar się wybrać do dwóch ważniejszych meczetów. Przez to, że jest tu mniej jednorodnie, jest też bardziej kolorowo. Wydaje mi się, że tutaj udanie zachodzi tolerancja z zachowaniem i poszanowaniem swojej odmienności. Mam wrażenie, że w Europie to dzieje się zbytnio na siłę i odgórnie. Co tylko zaostrza pewne uprzedzenia.

Wiem, że tu z racji na fakt, że Chińczycy najlepiej prowadzą interesy i mają najwięcej kasy, czasem zdarzają się pewne nacjonalistyczne przygrywki, ale ciągle mam odczucie, że nie jest to ekstremalne.

Z innej beczki, to na ulicy, nie ma właściwie zaczepiaczy, (trochę w China Town w stylu chińskim mocno), ale można spotkać ludzi, którzy najpierw pytają o kraj pochodzenia, potem chcą zabrać Cię na lunch (mnie jeszcze nikt nie zapraszał, ale historia wydaje się prawdopodobna, bo jest to główne ostrzeżenie dla turystów tutaj), a potem albo chcą wysłać przez nas jakieś rzeczy do kraju pochodzenia (naszego), tłumacząc iż mają tam od lat niewidzianą rodzinę, albo zapraszają na rozgrywkę w pokera, w której najpierw mamy to wygrywać, aby potem dużo stracić.

Mnie jak ktoś pyta o pochodzenie tak z pierwszego strzału na ulicy, to odpowiadam, że Monte Negro. Na tym się rozmowa kończy. Większość z nich nie ma o tym kraju pojęcia, a nawet gdyby mieli, to śpiewka o długo niewidzianej rodzinie jest nieco utrudniona. Musieliby się przygotować bardziej precyzyjnie by historia nie była grubymi nićmi szyta :)

P.S. Uprzedzając pytania, o drugi dzień. Przyleciałem do Kuala Lumpur o 4 rano czasu lokalnego, czyli o 22:00 czasu polskiego. Blog pisany jest w czasie polskim.

P.S2. Sugestia o zdjęcia jest jak najbardziej zasadna, z braku jednak chwilowo czasu, będę musiał odroczyć jej spełnienie.

Share on Facebook

Zostaw komentarz