W meczetach i muzeum

Po zameldowaniu się w nowym hostelu, lunchu z zapoznanymi na miejscu Szanghajką (można sobie pogaworzyć było) i Niemcem, ruszyłem spacerem do Masjid Jamek, czyli do jednego z słynniejszych meczetów w Kuala Lumpur. Ponieważ, była pora modłów, to musiałem na pół godziny odejść z kwitkiem. Przy okazji natrafiłem na ciekawe uliczki, a na domiar szczęścia, spotkałem Amerykankę, która też odeszła z kwitkiem z meczetu Jamek.

Wybraliśmy się tam więc razem. Zasady były proste, zakaz przekraczania progu meczetu (zwiedzanie, fotografowanie tylko z zewnątrz) a do tego musieliśmy nosić arabskie wdzianko (nie dam sobie nic uciąć, ale chyba coś takiego zwie się abaia), co więcej, koleżanka jeszcze chustę na głowie.

Meczet muszę powiedzieć turystycznie bardzo atrakcyjny. Ciekawe wrażenie można odnieść też przez to, że większość tam przebywających wiernych, po prostu leży gdzieś pokotem, w pozycji tak zwanej dowolnej.

Po buddyjskich i hinduskich doznaniach, to na pewno warte zwiedzenia. Jako, że nie było wcale wybitnie daleko, a koleżanka też była bardziej nastawiona na zwiedzanie pieszo, to obraliśmy azymut na Meczet Narodowy. Ruszyliśmy przez Plac Merdeka, gdzie wznoszą się, rządowe budynki (w moim odczuciu w stylu arabskim) zaznaczone odpowiednią ilością flag, a piękna słoneczna pogoda, zachęcała do dalszego spaceru.

Meczet Narodowy to dosyć imponująca budowla. Gdy tak dużą przestrzeń się w meczecie pozostawia otwartą (w rozumieniu, że nie ma ścian praktycznie), robi to mocne wrażenie. Obowiązkowy punkt w programie, przy okazji jak ktoś chce jest mnóstwo informacji jak zostać wyznawcą Islamu. Mnóstwo też informacji o islamie ogólnie, typu odpowiedzi na temat praw kobiet, co to jest Jihad etc. Wydaje mi się, że w miarę to się pokrywało z tym czego można się dowiedzieć na studiach kulturoznawczych. Nie powinno się nigdy stawiać równości między ekstremistami i muzułmanami ogólnie.

Oczywiście tutaj także musieliśmy nosić szaty, tym razem dla kobiet wyposażone w praktyczny kaptur :) Gdy grupki turystów chodziły po meczecie w tych fioletowych szatach, można było odnieść surrealistyczne wrażenie, niechcący przystąpienia dla jakiejś sekty. Na szczęście, nikt nas siłą nie zatrzymywał przy wyjściu, a dodatkowo nasze buty czekały na nas przed wejściem.

Z tym chodzeniem boso, to na pewno z naszego punktu widzenia, w miejscu przyjmujących tysiące wyznawców, nie jest to najlepsza wiadomość dnia. Niemniej jednak, przed meczetami znajdują się punkty do mycia nóg, a dodatkowo trudno się przyczepić co do czystości w tym przybytku Mahometa. Po przedreptaniu po olbrzymim obszarze meczetu i nakręceniu paru ujęć, moje stopy nie były nawet przyszarzone jakimkolwiek brudem. Wiem, że purystów nie przekonam, bo siebie też jeszcze nie przekonałem :)

Udając się w dalszy spacer minęliśmy kompleks Dayabum, który swoją oryginalną architekturą, może przykuwać wzrok. Dalej dawna stacja kolejowa, z początków XX wieku i wreszcie Muzeum Narodowe. Ekspozycja dosyć lekka dla zwiedzających, bo dwie główne sale były remontowane. Niemniej jednak, odświeżenie informacji o historii kraju, dowiedzenie się nowych ciekawostek, czy też fakt, że to właśnie tam zastała nas krótka ulewa, składają się na pozytywną wizytę.

Jako, że czas zleciał, tutaj się pożegnałem z koleżanką i udałem się skorzystać z luksusu prysznica, przed wybraniem się na pokaz w Ogrodach Jeziora Titiwangsa. W tym momencie warto powiedzieć, co przewodniki mówią o Kuala Lumpur odnośnie sposobu przemieszczania się po mieście. Mianowicie, wspominają, że to nieduże miasto i w wiele miejsc możemy dostać się spokojnie piechotą, natomiast, ze piechurom specjalnie przyjazne nie jest. Braki chodników, lub wąskie – brak kładek nad wielopasmowymi drogami, brak świateł etc.

Rzuciłem okiem na mapę – wyszło, że do stacji która mnie momentalnie podwiezie w moje nowe okolice, jest jakiś rzut beretem. Muszę tylko przekroczyć tą jedną drogę i w moment jestem. Ruszyłem więc wzdłuż niej, gdyż pora dnia to „powrót z pracy”. Nie będę się rozwodził nad czasochłonnymi manewrami, którym musiałem zadośćuczynić, grunt, że – przewodniki w tym temacie nie kłamią. Po powrocie, zauważyłem, że 100 metrów od mojego lokum, znajduje się katedra Św. Jana. Mogę chyba stwierdzić, że z turystycznego punktu widzenia, zaszczycił mnie swoisty komplet przybytków co ważniejszych wyznań :)

Wieczór, to laserowo-rzutnikowy pokaz emitowany nad taflą jeziora w rozpylonej przez fontanny wodzie. Na żywo robi wrażenie, natomiast mam dziwne przeczucie, że nagrany kamerą może nie być tak fascynujący. Moim zdaniem warto się tu wybrać wieczorem, po zwiedzaniu. Może niekoniecznie tak jak ja szybką kolejką, z przystankiem dobrze oddalonym od tego miejsca, bo tunele pod jednym skrzyżowaniem są ciemne i poruszone naszym przejściem nietoperze mogą kogoś przestraszyć :) Jednak jaką drogą (bardzo tanią) przyjechałem, taką postanowiłem wrócić. Za każdym razem drogę wskazywał mi tylko jeden nietoperz :)

Potem jeszcze wieczorny spacer po bliskim China Town, spotkanie z nowymi znajomymi i można było się udać na zasłużony odpoczynek.

Share on Facebook

Zostaw komentarz