Kultura i uśmiech

Ludzie są tu na prawdę serdeczni i kulturalni. Poświęcą trochę swojego czasu, by dokładnie pokierować człowieka do celu, z uśmiechem, z proszę bardzo, nie ma za co. Jak ktoś przypadkiem zastąpi drogę przeprosi i się uśmiechnie. Jak się spotka czyjeś spojrzenie, jest duża szansa, że ta osoba się ukłoni wraz z „Hello” i uśmiechem. Na drodze, ludzie wpuszczają do ruchu ludzi z podporządkowanej (niewyobrażalna „przegrana” w Chinach kontynentalnych). Bardzo pod tym względem tu przyjemnie.

Z obserwacji oderwanych od kontekstu, to jeszcze jedna różnica co do Chin. Tu praktycznie nie ma rowerów. Same mopedy, motocykle, skutery i inne pierdopędy. Ciekawe.

Wybrałem się dzisiaj do jaskiń Batu, gdzie się mieszczą hinduskie świątynie, a także najwyższa na świecie statua Marugi. Miejsce to, na przełomie stycznia i lutego przyciąga największą grupę pielgrzymów czczących Shivę (blisko milion pielgrzymów i turystów).

Na miejscu, po wejściu i zejściu po dokładnie 272 schodach (są ponumerowane) i sprawdzeniu co kryje się we wnętrzu (znalazłem między innymi dowód na to, że Skrat istniał – przynajmniej ktoś myślał, że istnieje – trochę wcześniej niż w filmie „Epoka Lodowcowa) udałem się na posiłek.
SkratSkrat w szerszej perspektywie (pierwszy od lewej) :)

(Skrat w świątynnych jaskiniach Batu)

Posiłek postanowiłem korzystając z charakteru miejsca, spożyć w wegetariańskiej restauracji hinduskiej, z jak mogę tylko podejrzewać – malajską specyfiką. Żeby nie wyjść na chama, jadłem jak wszyscy rękami, a właściwie ręką prawą, bo wiadomo, że człowiek obyczajny podciera się ręką lewą, to tą samą przecież jeść nie będzie. Jedzenie było dobre, do tego dostałem pijalną (chociaż jak wszędzie tutaj stanowczo za słodką) kawę.

Po powrocie, uskuteczniając plany na wędrówki piesze, znowu pozmagałem się chwilę z utrudnieniami w rodzaju rzek, obwodnic postawionych na drodze turysty i udałem się do Lake Garden czyli sporych terenów parkowych, gdzie małe niby zoo, niby dżungle porobiono, natomiast pora była już taka, że w przelocie zahaczyłem tylko o „park motyli” i dumnie brzmiący: największy na świecie kryty park ptaków.

Muszę powiedzieć, że sporo z tych ptaków latało sobie „samopas” – co tworzyło wrażenie bliższego obcowania. Niektóre były sporych rozmiarów i mimo, że drapieżniki zamknięte były w klatkach, to potrzeba załatwiona przez jegomościa wielkości pawia, niewiele rozminęła się z popsuciem mi humoru na resztę dnia :)

Przy parkowych alejkach ująłem jeszcze okiem kamery, jakieś przepychanki między panującymi na drzewach małpami i udałem się w drogę powrotną. Spacer udany. Mam wrażenie, że jeszcze nie zobaczyłem wielu wartych odwiedzenia miejsc i zaczynam kombinować, jakby tu jeszcze zostać jeden dzień.

Z zupełnie luźnych myśli jakie mam o tutejszych mieszkańcach, w dużym uproszczeniu to Malajowie to luz, muzułmanie tutejsi to duma, a Chińczycy to Geschäft.

Zupełnie luźne myśli bis: na ulicach króluje lokalna marka samochodu: Proton. Samochód ma najwyraźniej w ofercie samochody porównywalne z Tico, przez usportowione swą naturą, po SUVy. Przed Muzeum Narodowym, dumnie pręży swą maskę Proton Saga, jeden z pierwszych trzydziestu wyprodukowanych.

Share on Facebook

Zostaw komentarz