W Langkawi pada

Zanim przejdę do pierwszych wieści z rajskiej wyspy, nadrobię zaległości w zeznaniach z Kuala Lumpur.

Postanowiłem odwiedzić oceanarium, aby mieć z czym porównać gdybym zdecydował się odwiedzić największe, właśnie na wyspie. Muszę powiedzieć, że jest to jakiś utarg, dla kogoś kto nie zamierza specjalnie nurkować. Szczególnie, że zaakceptowano chińską legitymację studencką :)

Tak to już bywa, że to co największe i najbliżej potrafi zrobić wrażenie. Ponieważ była sobota, a tutaj zajęcia w szkołach jeszcze trwają, było sporo wycieczek szkolnych (zazwyczaj poprowadzonych osobnych „chodnikiem”). Ponieważ, to moja pierwsza wizyta w oceanarium z tunelem pod akwenem, zwiedzałem z nieskrywanym zainteresowaniem, gdy nad głową na wyciągnięcie ręki (gdyby nie szklany tunel) przepływał spory rekin, albo gigantyczna płaszczka. Dodatkowo w tle akustycznym: pisk przerażonych dzieci z wycieczki szkolnej – bezcenny.

Potem dla porównania moich doznań z małych tanich malajskich barów (obfity posiłek w okolicach 2-3 złotych), postanowiłem się wybrać do nieco lepszego lokalu, z podobnym wyborem dań. Zamówiłem więc podobny zestaw i muszę stwierdzić, że się nie zawiodłem na swoich przeczuciach. Tani, oblegany przez miejscowych bar, o wiele bardziej mi smakował. Smak z droższego przybytku był płytki i bezbarwny.

Gdyby sanepid się tam pojawił, pierwsi inspektorzy, kolejno padaliby na atak serca, lub kończyli w szpitalu dla niestabilnych emocjonalnie (a tak dla odmiany z polityczną poprawnością w nazwie :). Tak jak porzekadło mówiło, że sekretem smaku oscypka, jest wąs bacy, to takim „wąsem” bacy, jest utrwalany przepis, robiony w takich a nie innych warunkach.

Było przesmaczne, nie zatrułem się, a duma i uśmiech szefowej kuchni, po moich pochwałach i obfotografowaniu przybytku, były dodatkowym plusem.

Odwiedziłem jeszcze przelotem katedrę Św. Jana i zastanowiłem się, jak to się dzieje, że istnieje kraj, który z nazwy i statystyk jest muzułmański, a obok siebie żyją w względnej zgodzie różne odłamy religijne czy też rasowe. Żyją w sposób, nie wymuszający „nie afiszowania” swojej przynależności, zezwalający na symbole wszelakie. Oczywiście przewodniki wspominają o pewnych zatargach od czasu do czasu, ale gdzie się takie nie zdarzają?

Powiem więcej, tam gdzie nagle zakazuje się takiej, czy innej chustki na głowie, tudzież nakazuje schowania krzyżyka, zatargi przybierają częściej głośną skalę. Z symboli, które w związku z zakazywaniem wszystkiego związanego z narodowym socjalizmem (bardzo nieściśle nazywanym nazizmem), tutaj istnieje sobie w najlepsze swastyka. Istnieje ponieważ, symbol ten w hinduskich wierzeniach, miał bardzo pomyślne znaczenie (co oczywiste, o wiele wcześniej, zanim narodowi socjaliści go sobie zapożyczyli). Zresztą w buddyjskich świątyniach to też bardzo popularny symbol. W związku z źródłem buddyzmu, wiele symboli było zapożyczanych także w tą stronę. Olbrzymie swastyki są na przykład w świątyni w Nankinie, a sporo ochronnych bransolet, sprzedawanych w przy świątynnych stoiskach z dewocjonaliami, ma ten symbol wielokrotnie powielony.

Nie wiem na ile szacować europejskich wyznawców takich czy innych religii tym symbolem się podpierających, ale totalny zakaz używania tego symbolu w świetle jego historii, wydaje się bardzo wąskim spojrzeniem i przy tym dyskryminującym. Zastanawia mnie też, czemu dzieła Stalina czy Marksa są dozwolone (pod krytyczne spojrzenie?), a dzieła pióra Hitlera są na cenzurowanym. Może podobieństwa narodowo-socjalistycznej ideologii, do niektórych idei – krzewionych przez jaśnie panujących polityków europejskich byłyby zbyt rażące? :)

Schodząc z przydługawej introspekcji o mocno politycznym zabarwieniu, wrócę do turystycznych zwierzeń.

Wcześniej w Chinach, zdarzyło mi się pozwiedzać kilka z słynniejszych chińskich ogrodów. Żeby nadmienić – to te osławione w Suzhou, Yu w Szanghaju, czy w parku Beihai w Pekinie, czy przy Świątyni Niebios, albo w Hangzhou. Nawet tak nie wprawnym spojrzeniem jak moje, da się zauważyć podobieństwa. Wydaje mi się, że można pokusić się o uproszczenie, że chińskie ogrody, miały na celu pobudzenie do kontemplacji, zatrzymanie złych duchów poza nimi, lub przynajmniej w niektórych miejscach, czy też mówiąc najprościej, przywołanie świętego spokoju.

Podstawową funkcję ogrodów w Malezji, dotkniętych wyraźnie arabską nutą, można określić jako ochłodzenie odwiedzającego. Fontanny, kaskady są tak usytuowane, by chodząc alejkami, chłodziła nas przyjemna aura. Piękne kwiaty, palmy czy krzewy, to sprawa która wydaje się (przynajmniej zwiedzając je w piekielnym słonecznym upale), sprawą drugorzędną.

Szukając jakiegoś ciekawszego souveniru, który zmieściłby się do małego plecaka, wybrałem się na „główny targ”, gdzie można było spotkać mnóstwo swoisk z lokalnymi (lub nie) wyrobami. Znalazłem oczywiście malajskich-Chińczyków, z którymi próbowałem dobić targu w szanghajskim stylu (z całym tym cyrkiem), ale tutaj nie działał. Cena jest jedna, a potem jest obniżona i jedyną drogą do dalszego obniżania, jest zbliżanie się do ilości hurtowych. Gdzie tu zabawa? Arabowie byli sensowniejsi o dziwo :)

Co do pierwszych wrażeń z jednej z najatrakcyjniejszych „plażowo” wysp Malezji, to niech tytuł wystarczy za pierwszy komentarz. Tylko, że z uaktualnieniem, iż BARDZO :)

Share on Facebook

Zostaw komentarz