Po zahaczeniu o Indonezję

Aby twierdzić, że odwiedziło się Indonezję wystarczy wbita wiza do paszportu, jednak mi się wydaje, że wypadałoby odwiedzić Dżakartę lub Bali. Jako, że ten kraj nie był w planie mojej podróży, spontaniczne odwiedziny na jednej z wysp traktuję jako zachętę do odwiedzenia kiedyś tego kraju, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Pulau Bintan, bowiem tam się znalazłem, to bardzo urokliwe miejsce, jednakże dla osób spontanicznie tutaj przybywających, z racji na bliskość Singapuru – może być odebrane jako kosztowne miejsce. Co prawda koniec końcem, nocleg okazał się tani i urokliwy (domki na palach nad brzegiem morza), to z braku publicznej komunikacji, dojazd taksówką jest dosyć kosztowny. Z drugiej strony, jak na godzinę drogi, okolice 50 złotych to nie jest rozbój w biały dzień. Szczególnie jeśli koszt dzieli się na parę osób. Tani nocleg ma swoje słabe strony. Zimna woda pod prysznicem (przy tym klimacie, to chyba zaleta), spłukiwanie toalety wiaderkiem, czy wiatrak pełniący rolę klimatyzacji. Jako, że w pełni akceptuję takie niewygody, szczególnie, że luksusowe kurorty nie są tak pięknie położone, niska cena jest podwójną zaletą.

Samo odebranie miejsca jako kosztowne, bierze się z faktu, iż Malezja, a także wedle zeznań znajomych nawet stolica Indonezji były wyraźnie tańsze. Po powrocie (chwilowo jeszcze tylko myślami) do polskiej rzeczywistości, można spojrzeć na całość kosztorysu nieco z innej strony.

Z wrażeń wyspiarskich, udało nam się pokonać morze i dotrzeć kajakami do dziewiczej wyspy, gdzie złocisty piasek i ładna (do czasu) pogoda, pozwoliły delektować się rajskimi warunkami. Ponieważ o wzięciu masek do nurkowania przypomnieliśmy sobie jak już byliśmy na wyspie, dokonałem wiekopomnego odkrycia. W słonej morskiej wodzie (przynajmniej tutejszej) da się otworzyć oczy i w lekkim rozmyciu podziwiać uroki koralowej wyspy. Co prawda bliskość cywilizacji, nawiedza dziewiczą wyspę pewną ilością śmieci przyniesionych przez morze, ale w odległości kajakowej, trudno spodziewać się cudów.

Z dodatkowych atrakcji, ośrodek domków połączonych pomostami,  miał też otoczony siatką akwen, w którym można było za friko podziwiać średnich rozmiarów rekina, płaszczki czy żółwie morskie.

Po pożegnaniu koleżanek, następnego dnia zacząłem dzień od przecedzenia przez zęby kawy (najwyraźniej sitka lub ekspresy tutaj jeszcze nie dotarły) i wybrania się na spacer po okolicy.

To jak żyją tutaj ludzie, daje prawo podejrzewać, że gdyby chwilę dłużej poszukać, z pewnością dałoby się znaleźć nocleg o śmiesznie niskich cenach (np. na poziomie malezyjskich przybytków). Okoliczne wioski, to często ledwo stojące o własnych siłach chatki, poprzedzielane tropikalnym lasem czy palmami i półdzikie psy czy koty. Przed większością ruder, obowiązkowo stoi jednak skuter Honda czy Suzuki. Rowery można z rzadka uświadczyć w użyciu małych dzieci. Jednak tylko wtedy, gdy w 5 osób nie są akurat wiezione na skuterze.

Przy okazji tematu okolicznych dzieci, jako, że trafiłem ze spacerem, na przerwę na lunch w pobliskiej szkole, to musiałem odpowiedzieć na wiele Hello Mister, How are you?, a także przybić wiele piątek. Otwartość i obowiązkowy uśmiech nie mogą pozostać nieodwzajemnione.

Pozytywne wrażenia wyniesione z takich krajów jak Malezja czy Indonezja, z pewnością poza wszystkimi urokami, są pogłębione faktem, że ludzie przy złapanym spojrzeniu się uśmiechają, witają Hello, czy kłaniają. Poznana na drodze wojaży Malezyjka, powiedziała, że to oczywiste, że trzeba się uśmiechać do ludzi. Żeby było śmieszniej była Chinką z Malezji. Ciekawe co by powiedziała jakby wybrała się do Chin kontynentalnych i spotkała się z co najwyżej ignorującym spojrzeniem.

Wyglądający na obcokrajowca przybysz w Chinach może liczyć na więcej: Hello z uśmiechem może spotkać mnie albo ze strony dzieci, albo od człowieka, który chce mi coś sprzedać. Dosyć jednak pewne jest to, że w mniejszych miejscowościach, spotka nas nieskrępowane gapienie się z lekko rozdziawionymi ustami. Przynajmniej w większości przypadków.

Serdeczność ludzi w krajach Azji Południowo-Wschodniej w połączeniu z całą resztą walorów tych okolic, czyni z nich miejsca do, których chce się wracać. No może z małym wyjątkiem Singapuru. Nie dość, że jest nieracjonalnie droższy od okolicznych krajów, to dla turysty z pewnością nie oferuje wiele. Restrykcyjne przepisy (jak chociażby zakaz żucia gumy publicznie, czy też jej wwożenia do kraju) czy zakaz jedzenia czy picia w metrze (kara w okolicach 800 złotych!), dodatkowo nie umilają pobytu.

To raczej miejsce do pracy, czy robienia interesów. W końcu to jeden z silnych azjatyckich tygrysów. Jeśli ktoś planuje wojaże w te regiony, spokojnie można sobie podarować ten punkt na mapie.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że krótki czas moich wojaży dobiega końca, zahaczę jeszcze tylko o chiński Xiamen. Potem powrót do Szanghaju.

Share on Facebook

Zostaw komentarz