Znowu na chińskiej ziemi

Jeszcze nie w Szanghaju, ale już zawitałem w Kraju Środka. Kolejna wizyta w Xiamen była zbiegiem decyzji o tanich liniach lotniczych Tiger Airways, które właśnie tu latają z Singapuru oraz możliwości zatrzymania się u znajomych raz jeszcze.

Już na lotnisku w Singapurze, gdzie w kolejce do biletów oprócz mnie i jednego obcokrajowca, stały słabo skoordynowane rzesze Chińczyków, dało się poczynić pewne obserwacje. Zapewne część z nich na lokalnych paszportach. Nie sprawdzałem.

Doświadczyłem jednak trochę charakterystycznych różnic. Przepychanie się, nieco chaotyczne przemieszanie się w kolejce, przez osoby twierdzące, że tu czy tam stały tylko poszły do toalety, czy chociażby brak tych serdecznych, południowo-azjatyckich uśmiechów na twarzach.

Poczułem się jakbym wracał z wakacji do szarej rzeczywistości.

Coś w tym jest. Jak tylko miałem okazję, rozmawiałem z Chińczykami-emigrantami ( 华侨 huaqiao). Muszę powiedzieć, że każda rozmowa otwierała mi oczy, na sprawy o których nie miałem pojęcia.

Zanim pobiegnę za swoimi myślami dalej, wypada powiedzieć, coś o Chińczykach z kontynentu. Większość myśli o materialnej stronie życia. Ograniczając często się do zasobów gotówki i możliwości ich pomnażania. Nawet małżeństwo często przybiera formę umowy handlowej, na zasadzie: on ma mieszkanie i niezłą pracę, ale ten drugi ma jeszcze samochód – wybór prosty! :)

Całość podejścia do życia, które tak odciska piętno na mieszkańcach Kraju Środka, prowadzi do sytuacji, iż jeśli ktoś do nas się uśmiecha, to najprawdopodobniej chce nam coś sprzedać, albo widzi inne korzyści na horyzoncie.

Wracając do huaqiao, to są podobni do innych mieszkańców np. Malezji. Uśmiechają się, jeśli wzrok dwojga ludzi się spotka, czasem dodatkowo ukłonią. Ponieważ często to język angielski jest łącznikiem kulturowym, obok urzędowego bahasa, to jako obcokrajowiec z plecakiem, mogę się spodziewać hi czy hello, po prostu od przechodnia, który nic mi nie chce sprzedać, a jedyne co ma na myśli to pozdrowienie i życzenie miłego dnia.

Nie wiem, jacy Chińczycy byli przed emigracją, pod kątem zwykłych codziennych ludzkich zachowań. Po tym jednak jak posiadam porównanie między emigrantami i kontynentalnymi, rozwiązania mogą być dwa. Albo byli tacy bardziej ludzcy, życzliwi i uśmiechnięci, a zniszczyły to lata reżimu – który zabijał ludzkie emocje oraz zabijał różnorodność, pakując wszystkich w jedną formę „ludu” w mundurkach.

Drugą opcją, jest to, że może Chińczycy zawsze byli bardziej chłodni, a życzliwość była jedynie formą uzyskania czegoś dla siebie. Natomiast gdy wyemigrowali do krajów, gdzie oprócz lokalnych uśmiechniętych i niesamowicie wyluzowanych Malajów, żyją liczne społeczności muzułmanów czy hindusów, musieli do tej różnorodności się dopasować.

Malezja na prawdę robi niesamowicie kolorowe wrażenie. Sami muzułmanie są niesamowicie zróżnicowani. Obok kobiet z bardzo tradycyjnych rodzin, chodzących ściśle zakrywających strojach (z wyjątkiem oczu i stóp), zobaczymy kobiety w luźnych burkach do „normalnego” ubioru, aż wreszcie poznałem też Malajki, których nie podejrzewałbym o wyznawanie przykazań proroka Mahometa, a przyznały się do tego w rozmowie – uważając, że ubiór nie jest im do tego potrzebny.

W takim otoczeniu, Chińczycy znaleźli swoje miejsce, a wszystkie grupy w jakiś sposób na siebie oddziaływały. Odwzajemnianie uśmiechu stało się z pewnością niezbędnym warunkiem dla współistnienia. Tak różnorodne w zwyczajach grupy, musiały docierać swoje zachowania, tak by zachować odmienność w zaciszu „swoich”, a jednocześnie, by współegzystować w budowaniu większych społeczności.

Nie wiem która wersja wydarzeń jest prawdziwa, wiem jednak, że Chińczycy z Malezji to bardzo otwarci i serdeczni ludzie – w moich doświadczeniach – bez wyjątku. W Chinach o zwykły uśmiech trochę trudniej. Mimo iż oczywiście da się budować znajomości, to najczęściej istnieje bariera: my i oni. My – czyli Chińczycy z kontynentu i oni czyli wszyscy pozostali. Co śmieszniejsze większość emigrantów skarżyło się mi, że też są już „obcymi” w Chinach. Mówią świetnym mandaryńskim (w moim odczuciu), starają się żyć po chińsku, ale jednak czują się odrzuceni.

Skoro nota bene Chińczycy także czują się nie akceptowani, przez „prawdziwych”, musi być kropla prawdy w narodowościowych akcentach Chińczyków z kontynentu. Wielokrotnie w rozmowie z obcokrajowcami przedstawialiśmy swoje wrażenia, iż Chińczycy mają głębokie przekonanie o byciu najlepszą nacją na świecie, jednakże chwilowo zmuszoną przez różne okoliczności do stania na odrobinę słabszej pozycji. Co śmieszniejsze, głównym oskarżeniem są kolonialne czasy, kiedy Chiny znajdowały się pod wpływem obcych mocarstw. Rzadziej wymienia się rządy „Czerwonego Słońca Narodu”…

Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, takie podejście może się zemścić w taki czy inny sposób.

Tymczasem, jutro mam ekstra tani lot do Szanghaju, dzięki posiadaniu ciągle legitymacji studenckiej. Na przeszkodzie do punktualności stoi tajfun o uroczej nazwie Fung Wong, który może opóźnić mój wylot. Ponieważ, w przeciwieństwie do dosyć spontanicznych wojaży, ważniejsze wydarzenia (jak powrót do Polski), zdarza mi się planować z dużym marginesem czasu na zdarzenia nieprzewidziane, mogę spać nieco spokojniej. Zostawiłem sobie dwa dni na ewentualne poślizgi czasowe. Większy problem, ma znajoma Słowaczka, która ma jutro jeszcze złapać lot z Pekinu do Bratysławy.

Ewidentnym plusem Fung Wonga, jest przyniesione przez niego nieco chłodniejsze powietrze (nie nawiedził Szanghaju bezpośrednio, ale jego skraj, przyniósł tam odświeżające burze).

Dla osób, które mogłyby się zastanowić, czy wrócę cało z wojaży, jako bonus dołączam zdjęcie z symulacją satelitarną, na której wyraźnie widać, że Xiamen jest omijany przez tajfun (z innych źródeł wiem, że odległość ta wynosi niecałe 160 km) : Fong Wong – zdjęcie. Niestety opóźnienie lotu jest bardzo prawdopodobne.

Share on Facebook

Zostaw komentarz