Czy w Chinach je się psy?

Artykuł ukazał się 5 października na łamach serwisu Gazety Prawnej, niestety w wyniku nawału obowiązku, zamieszczam na blogu ze sporym opóźnieniem.

W Polsce dużo się mówi o chińskiej kuchni, opowiada się dowcipy, a w tle wiele osób ma w oczach albo „sajgonki” albo stereotypy o jedzonych psach i kotach.

Na pierwszy rzut wezmę sprawę „sajgonek”. Jak sama nazwa wskazuje, polska nazwa kojarzy się bardziej z kuchnią wietnamską niż chińską, choć rodowód tej potrawy jest chiński i wiąże się z obchodami Chińskiego Nowego Roku. Wariacje na temat tej potrawy występują też w Wietnamie i nie ma jednej, najbardziej prawidłowej recepty, na wykonanie, nawet w samych Chinach. Będą się najzwyczajniej różnić w zależności od regionu. W uproszczeniu, w cieście zawija się świeże warzywa i wrzuca na głęboki olej. Otrzymujemy w ten sposób chrupiące ciasto. Najczęściej podaje się je tylko z sosem sojowym, czasem z gęstymi sosami ostrymi, lub słodkimi. Poprawnie wykonane chunjuan są z zewnątrz dosyć twarde, jednak z cienkim i kruchym ciastem, jeśli więc jemy je pałeczkami, wymaga to nie lada wprawy. Poprawną formą jest złapanie całego krokieta i odgryzanie kawałek po kawałku. Chińczycy jednak potrafią sobie ułatwiać, rozdzielając je na mniejsze kawałki na talerzu.

Po chińsku nazywają się chunjuan, czyli tłumacząc bezpośrednio, coś zbliżonego do „wiosennych zawijanych”. Ponieważ obchody Chińskiego Nowego Roku to inaczej Święto Wiosny, stąd łatwo zgadnąć kiedy muszą się znaleźć na stole. Dzisiaj co prawda serwowane są w restauracjach codziennie, ale pozwolę sobie porównać je do naszego barszczu. Na Wigilię raczej obowiązkowo, ale nie tylko w ten dzień pojawia się na naszych stołach.

W Polsce potrawa utrwaliła się pod swoją nazwą, ponieważ to głównie wietnamscy imigranci zakładali bary z „chińską” kuchnią. Do dzisiaj na polskich ulicach, można znaleźć zastanawiające szyldy w rodzaju: „Oryginalna kuchnia chińsko-wietnamska”. Nawet w dużych miastach w Polsce, ciężko znaleźć prawdziwą kuchnię chińską. Moja znajoma pochodząca z Wietnamu, od dziecka mieszkająca w Polsce, zgodziła się, że te wietnamsko-chińskie bary i restauracje, nie są chińskie w smaku, ale szybko dodała, że nie trafiają także, w wietnamskie podniebienie! Wchodząc do takiego przybytku otrzymujemy wariację na temat azjatyckiej kuchni, tak przygotowanej by trafiła w Polskie kubki smakowe, oraz podane w formie, która nie będzie zbytnio dziwiła barbarzyńców z zachodu.

Jak to jest z tymi psami? W opinii przeciętnego Chińczyka to raczej Koreańczycy lubują się w psinie i większość osób z którymi rozmawiałem, wzdragała się na myśl, zjedzenia mięsa psa. I faktycznie, jeśli ktoś chciałby spróbować takich rarytasów, najprościej wybrać się do większej restauracji koreańskiej i tam w menu znajdziemy najróżniejsze potrawy z psem w tle. Nie odważyłem się spróbować, jednak zauważyłem pewną prawidłowość: wszystkie potrawy z psa, były wyraźnie droższe niż z wołowiny czy wieprzowiny. Raczej więc trudno zakładać, że ktoś by próbował podrzucać takie rarytasy do gulaszu wołowego.

Przynajmniej w restauracji koreańskiej, tak się mają sprawy. Jak to jest z Chinami ogólnie? Chiny są duże i na przykład o Kantonie mówi się, że je się tam wszystko, a czasem im dziwniej tym lepiej. Bardzo nieprzewidywalny pod tym względem jest też Yunnan, gdzie w jednej prowincji, splata się kilkadziesiąt mniejszości, z własnym językiem i z własnymi zwyczajami. Szczególnie więc tam, gdzie trafimy do restauracji, w której menu są jedynie chińskie znaki, warto zapoznać się z pisownią psa po chińsku.

Pozostaje więc pytanie, czy w dużym mieście jak Szanghaj, można otrzymać niespodziankę, gdy zamawiamy na przykład szaszłyka z baraniny? Jeśli jesteśmy w słynącej z baraniny restauracji ujgurskiej, to możemy jeść ze spokojem. Co innego jeśli zwabią nas swoim zapachem, małe wieczorowe kuchnie na wózkach. Czasem smażą makaron czy ryż, czasem są w formie grilla z szaszłykami. Historie krążące między znajomymi i wiadomości prasowe mówią jasno, przynajmniej kilka z takich przybytków, stosowało mięso bezdomnych kotów, psów lub … szczurów.

W większości przypadków, zapewne nie ma, aż takich obaw, bowiem jedyne co musimy wziąć pod uwagę, że użyte mięso jest o „krótkiej przydatności do spożycia”. Jednak, jeśli wózek pojawia się każdego wieczora, a ludzie kupują serwowane tam przysmaki, raczej jedyne na co się narażamy, to że zamiast baraniny, dostajemy szaszłyka wieprzowego. Dla bezpieczeństwa lepiej takie uliczne kuchnie omijać, szczególnie jeśli jesteśmy w podróży i nie chcemy spędzić reszty wolnych dni na siedząco… Gdy nie ma innego wyjścia, warto zmienić się na chwilę w wegetarianina. Szaszłyki z fasolkami, ziemniakami, bakłażanami, grzybami, czy też chlebki „mantou” – z pewnością zabiją głód, nie rodząc przy tym wielu niepokojących pytań.

Artykuł powstał we współpracy z portalem rezerwacji hotelowych Agoda, oferującym szeroki wybór noclegów w całych Chinach.

Share on Facebook

Komentarze (1) do wpisu 'Czy w Chinach je się psy?'

  1. Więszkość moich chińskich znajomych również wzdraga się na wzmiankę i psim mięsie i nigdy go nie jadła – z tych samych powodów, dla których my go nie jadamy. Ci którzy to robią, mają głównie powody zdrowotne – uważa się, że psie mięso bardzo rozgrzewa organizm i jeśli się je je, to raczej zimą, nigdy latem. Nie poleca się go natomiast osobom o niezbyt dobrym zdrowiu – może podobno bardzo zaszkodzić.

    Pozdrawiam,
    Adam z http://rokwchinach.blogspot.com

Zostaw komentarz