O nauce chińskiego oraz krótka wycieczka za miasto

Nauka języka chińskiego może być trudna nie tylko w związku z pewnym skomplikowaniem i wyraźną odmiennością w stosunku do większości języków świata. Na drodze do nauczenia się języka Kraju Środka, może czasem stać sam Kraj Środka.

Spotkać nas może archaiczny podręcznik i skostniałe sposoby nauczania. Skutki takiego przebiegu rzeczy, mogą być katastrofalne. Żeby tylko nieco zobrazować temat, może się zdarzyć, że będziemy wiedzieć jak nazywała się słynna reforma rolnictwa, jednak nie wiedzieć jak powiedzieć taksówkarzowi by się zatrzymał.

Taki kurs języka chińskiego może odbić się więc na naszych kieszeniach.

Oczywiście, zaradny człowiek na tyle będzie dokształcał się w rozmowach nieoficjalnych, że żaden kurs mu nie straszny.

Nikt jednak zbyt szybko nie przeskoczy, biurokratycznych sieci, oplatających dobrze zakonserwowane chińskie uniwersytety. Czas, który może przyjść nam spędzić w kolejkach, gimnastyka aby otrzymać porządaną informację, czy chociażby rozczarowania, po odejściu z kwitkiem i poczucie, że ktoś nas ma w głębokim poważaniu, może złamać wielu. Jednak zazwyczaj nie kogoś wytrenowanego przez polskie dziekanaty.

Niczym szlifowane do perfekcji brylanty, studenci z Polski, przybywają do Chin, już pod postacią diamentów. Diamentów odpornych na najbardziej betonowy system. Nauczeni wyszukiwania dojść, podpisów, pieczątek i akceptacji wniosków. Jeśli nie tym to innym sposobem.

Muszę przyznać, że tym razem świadomy wybór, skierował mnie do miejsca nie obarczonego żadnym z tych obciążeń. Do tego z dobrym zapleczem około-uczelnianym, świetną organizacją i na domiar radości świetnymi ludźmi zarówno od strony władz uczelni jak i studentów.

Z nieco innej beczki to korzystając z odwiedzających mnie znajomych, nawiedziłem ponownie Wuzhen (乌镇), jedno z czterech starożytnych miast [poza nim jest jeszcze Zhouzhuang (周庄), Zhujiajiao (朱家角), Tongli (同里)] niedaleko Szanghaju. Po majowej wizycie w Zhouzhuangu, gdzie ze smutkiem stwierdziłem, że to trochę skansen wypełniony sklepikami i restauracjami po brzegi (albo i bardziej), oraz ostrzeżeniach, że w Wuzhen się też wiele zmieniło, miałem wielkie obawy.

Na szczęście ludzie ciągle tam żyją, także w starej części miasteczka (które dzisiaj pod kątem liczby mieszkańców plasuje się między siołem,  a małą wioską). Oczywiście z muzealnymi wstawkami, ale w starych budynkach i chińskim podejściem do prywatności, można zobaczyć (co prawda głównie seniorów) mieszkańców. Także z kontrastami, gdzie w maleńkim metrażu przy wąskiej ale głównej za dawnych czasów uliczce, w pokoju stoi wielki telewizor plazmowy. Nie czuje się jednak zbyt nachalnie cywilizacji wkraczającej w stare miasto. Klimatyzatory są raczej zgrabnie zamaskowane na dachach, czuć pewien szacunek do tradycji.

Istnieje i działa, kilka prawdziwych zakładów rzemieślniczych. Jak komuś zależy na prawdziwej manufakturze, może zakupić dopiero co zrobiony wyrób drewniany, czy też przyglądnąć się procesowi pędzenia wódki ryżowej, zdegustować i w razie chęci kupić (jeśli mam oceniać, to jest to taki chiński bimber).

Może Zhouzhuang jest większe, bardziej poprzecinane kanałami i ma więcej punktów „do zwiedzania”. Jest też jednak bardziej sztuczne i mimo tętniącego życia w restauracjach, wydaje się bardziej martwe. Jakby mieć czas tylko na jedno z nich, ja bym wybrał Wuzhen.

Share on Facebook

Zostaw komentarz