Które to Chiny? O co chodzi w wyspach Diaoyu?

Tajwan można, chybaby, określić jako „Chiny, ale nie te kontynentalne”. Nie ma tutaj wiele, z drażniących obcokrajowców, przejawów braku kultury, istnieje coś takiego jak przestrzeń osobista nawet w tłumie, a słowa dzień dobry, dziękuję, proszę, do widzenia – słyszy się dla odmiany na każdym kroku. Co prawda największe tempo rozwoju gospodarczego, to dla Tajwanu raczej melodia przeszłości, bez wielkich nadziei na gonienie kontynentu, ale za to z możliwościami na podłączenie się do niego, przez wzajemne umowy handlowe i inwestycje. Nie bez znaczenia pozostają też silne tajwańskie marki z branży elektronicznej i rozwijająca się turystyka.

Chiny (te kontynentalne) w ostatnich latach zaczęły stawiać na pokojowe i przyjazne, powolne ale cierpliwe zjednoczenie. Pomaga w tym tajwański prezydent Ma Ying-jeou (馬英九, pinyin Ma Yingjiu) i ogólna odwilż w relacjach. Nie zanosi się by w najbliższych latach Tajwan został zupełnie wchłonięty, ale ilość wzajemnych umów i ułatwień do przemieszczania się, z pewnością może tworzyć wrażenie, że już nie jest tak daleko – a przynajmniej zaczyna to z technicznego punktu widzenia, wyglądać podobnie do tego jak wyglądają relacje kontynentu z specjalnymi strefami ekonomicznymi: Hong Kongiem i Makao. Na pewno obie strony w tym ambarasie, mają wiele do zyskania na współpracy, a w ciągu sześciu dziesięcioleci, język nie oddalił się, aż tak bardzo i z pewnością są możliwości do dogadania się, jak Chińczyk z Chińczykiem.

Ugrupowania polityczne na Tajwanie postulujące całkowitą niepodległość, spotykają się ze stałym niskim, w porywach średnim poparciem, ale nie wystarczającym do rzeczywistego ogłoszenia niepodległości. Zresztą kontynent mimo braterskiego tonu, nigdy nie ukrywał, że ogłoszenie niepodległości Tajwanu, będzie odebrane jako równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. Raczej to jednak tylko retoryczna dobudówka do realnej polityki, która biegnie swoimi drogami oficjalnymi i zakulisowymi.

Po takim mocno skrótowym zarysowaniu relacji między Chinami z dwóch stron cieśniny, warto zastanowić się dlaczego wśród takiej masy tzw. terytoriów spornych, które ma Chińska Republika Ludowa ze swoimi sąsiadami, na pierwszy plan medialny wysuwają się wyspy Diaoyu (jap. Senkaku)?

Wyspy są administrowane przez Japonię, jednak nie zgadzają się z tym faktem Chiny. Jednym z głównych powodów wymienia się możliwe bogate złoża gazu i ropy naftowej, mające znajdować się w bezpośrednim ich pobliżu. Wszystko to możliwe, ale przecież podobne argumenty są w sporach z Filipinami (wyspy Spratly), a nie wypełniają czołówek chińskich, ani światowych gazet. Za jedną z bardziej prawdopodobnych odpowiedzi chcę podziękować Karolowi. Otóż, gdy popatrzyć na mapę polityczną wschodniego wybrzeża ChRL, oraz wód terytorialnych, to wnioski mogą przychodzić same: Chiny są odcięte od samodzielnej drogi na Pacyfik. Północ przy granicy z Koreą i Rosją nie ma realnego wyjścia na morze. Bardzo długą linię oddziela od oceanu linia japońskich wysp. Południe to nie tylko groźne rafy (o czym przekonała się chińska jednostka grzęznąc na rafie w filipińskich wodach terytorialnych w zeszłym roku), ale także praktycznie brak możliwych „otwartych drzwi”.

Co więc pozostaje? Lokalizując Diaoyu i Senkaku, wraz z wodami terytorialnymi po ich przyłączeniu, tworzyłyby wąską ale pewną bramkę na Pacyfik. Co prawda same sporne wyspy leżą najbliżej Tajwanu, jednak biorąc pod uwagę stanowisko ChRL wobec Tajwanu, można uznać, że wszelkie tajwańskie eskapady w stronę wysp, czy też podchody pod japońskie okręty, są traktowane raczej jako „sojusznicze” akty, czy też wręcz „ruchy własne”. Skoro w oficjalnej polityce Tajwan przynależy do ChRL, a jedynie tymczasowo nie jest pod „pełną kontrolą”, ciężko to odbierać inaczej. Szczególnie, że ciężko sobie wyobrazić wojnę między ChRL, a Tajwanem której zarzewiem byłyby sporne wyspy.

Jak więc sytuacja się może rozwinąć? Nieustanne podchody i zaczepki będą trwać, a każda ze stron, będzie ostro potępiać wrogie działania, jednak raczej do konfliktu nie dojdzie. Wyścig zbrojeń jednak będzie trwał, a Chiny nie raz pokazały, że w swojej polityce są cierpliwe, wychodząc w swoich planach daleko poza „jedną kadencję”, szczególnie, że nie wisi nad nimi widmo demokratycznych wyborów, spełniania obietnic i walki o głosy w następnej kadencji.

Dla nastrojów społecznych, sprawa zaczepek i twardego stanowiska o Diaoyu, z pewnością robi dobrą robotę. Z ekonomicznego punktu widzenia jednak, z racji na zagrożenie dla japońskich inwestycji i wymiany handlowej, wypada to jednak jak balansowanie na krawędzi. Japonia jednak również nie może sobie pozwolić na zupełne „wyjście z Chin” i chyba tą kartą grają władze w Pekinie. Stawka jednak jest wysoka, stąd trudno uwierzyć, że chodzi tylko o złoża ropy, lub też prężenie muskułów przed „własną publiką”.

Share on Facebook

Zostaw komentarz