Tajwańskie dziwności

O Tajwanie napisałem parę notek, zamieściłem już trochę zdjęć, ostatnio w skrócie pisałem też o geopolitycznej sytuacji.

Generalnie o ile jest to miejsce w którym obcokrajowcy nie mają wielkich problemów z przyzwyczajeniem się do życia, to ma też swoje dziwne przyzwyczajenia. Nie jest to tak poukładane miejsce jak Singapur, gdzie w niektórych miejscach wydaje się, że po ulicach chodzą roboty, ale raczej przestrzega się podstawowych zasad i takie drobne irytujące fakty z chińskiej codzienności, jak wciskanie się w kolejkę, brak utrzymywania dystansu przestrzeni osobistej, już o pluciu na ulicy nie wspominając, na Tajwanie są ciężkie do uświadczenia ( podczas ostatniego pobytu po raz pierwszy zobaczyłem, jak dwie osoby nie stojąc w kolejce weszły do wagonu metra, okazało się, że mówią z odległym pekińskim akcentem).

Nie chciałbym, żeby zostało to odebrane, jako jednostronna krytyka kontynentu, bo z drugiej strony trzeba patrzyć na historyczne uwarunkowania, komunistycznej Rewolucji Kulturalnej i mimo wszystko późniejsze olbrzymie zmiany na lepsze, patrząc z perspektywy. Co prawda przeciętny przybysz z Polski, może być przerażony tym co zobaczy w Chinach, ale proszę mi wierzyć na słowo, że jeszcze dajmy na to w roku 2005 było wiele gorzej.

Jakie jednak pomysły na Tajwanie, mogą wywołać zdziwienie na twarzach przybyszów zza morza?

Chyba najbardziej kuriozalnym rozwiązaniem, jest sposób zbierania śmieci. Najpierw zwrócimy na to uwagę, gdy mamy w ręce, dajmy na to papierek po batonik i szukamy kosza na śmieci. Jeśli nie jesteśmy akurat na dworcu, lotnisku czy w urzędzie, czasem może się zdarzyć, że przejdziemy wiele przecznic, zanim gdzieś znajdziemy kosz na śmieci i to najprawdopodobniej przy jakimś sklepie czy restauracji, gdzie przyzwoitość nakazuje coś zakupić zanim pozbędziemy się zbędnego balastu. Na początku myślałem, że w wyniku ostrych przepisów antyterrorystycznych kosze zostały zlikwidowane, jak to często bywa w niektórych miejscach na zachodzie. Zostałem jednak wyprowadzony z błędu teorii spiskowych. Otóż wyjaśnienie jest o wiele bardziej prozaiczne.

Koszy nie ma, aby ktoś nie podrzucał swoich śmieci, do kosza osób, które za taką usługę płacą. O ile brzmi to jak nieco drastyczne, aczkolwiek logiczne posunięcie, to ciągle pozostaje pytanie – co więc się ze śmieciami na Tajwanie dzieje? Otóż, w każdym tygodniu, przez pięć dni, żółwim tempem, przez zamieszkane okolice jeździ sobie śmieciarka, która emituje koszmarną i bardzo głośną, elektroniczna melodyjkę (jak ze starych automatycznych sekretarek), na którą każdy kto chce wyrzucić śmieci, musi czekać i osobiście do niej swoje śmieci wrzucić. Firmy i niektóre osiedla, mają swoich pracowników za to odpowiedzialnych. Nie wiem czemu ktoś nie pomyślał o tym, by np. sprzedawać / rozdawać opłacającym składki, odpowiednio oznakowane worki, które odbierałaby konkretna firma, bez potrzeby czatowania na śmieciarkę. Bez koszmarnych i makabrycznie głośnych muzyczek. Rozwiązań innych myślę jest sporo.

Innym zastnawiającym faktem jest sprawa klimatyzacji. Tajwan praktycznie nie ma zimy w naszym rozumieniu, jednak to co na Tajwanie nazywa się zimą, może być ciągle bardzo nieprzyjemne. Wszystko przez wysoką wilgotność powietrza. Nie jest to może tak dotkliwe jak w Szanghaju, ale przynajmniej na północy, temperatury potrafią spadać w nocy prawie do 10 stopni i przy dużej wilgotności i wietrze wrażenia są nieprzyjemne. Szczególnie, jeśli okna zupełnie nie izolują, ściany są cienkie, a w mieszkaniach nie ma żadnego ogrzewania. W odróżnieniu od Szanghaju, większość klimatyzatorów, ma jedynie opcję chłodzenia, lub dmuchania powietrzem z zewnątrz. I to jeszcze da się zrozumieć, szczególnie na południu, gdzie rzadko temperatury spadają wyraźnie poniżej 15 stopni. Dziwnym pomysłem jest bowiem, zwyczaj panujący w Tajwańskich pociągach. Otóż, okna są montowane na stałe i jest to logiczne, bowiem przy dużych prędkościach, otwieranie ich, mogłoby być, wręcz niebezpieczne. Jednak klimatyzacja wydaje się mieć jedynie dwa ustawienia: chłodzenie maksymalne, lub brak powietrza w wagonie. Czyli gdy na zewnątrz dajmy na to, panuje 12 stopni, co jakiś czas włączana jest klimatyzacja która wtłacza zimne powietrze, przepuszczone przez chłodzące instalacje. Po wyjściu z pociągu, podczas krótkiej tajwańskiej zimy, zwykle ma się wrażenie, że na zewnątrz jest cieplej.

Kuriozum nieco związanym z powyższym jest zimowa moda. Generalnie podczas tajwańskiej kalendarzowej zimy, w kratkę trafiają się dni powyżej 20 stopni Celsjusza i bardzo często, w centralnym lub południowym Tajwanie, może się zdarzyć, że tej zimnej zimy jest raptem dwa tygodnie, a potem jedynym rozsądnym ubiorem wydaje się t-shirt i krótkie spodenki. Jednak nie dla świata mody i ludzi którzy chcą być na czasie. Dla przykładu: połowa lutego, trafił się dzień, w którym na zewnątrz było 26 stopni w cieniu i pełne słońce, w sklepach znanych marek odzieżowych, praktycznie nie sposób kupić t-shirta (jedynie długi rękach / bielizna), w ofercie zimowe kurtki puchowe, a na ulicach… ludzie ubierający się zgodnie z trendami w te właśnie kurtki. Oczywiście nie wszyscy postradali zmysły, jednak, trudno zliczyć osoby, które w taką pogodę noszą ocieplane kozaczki i wspomniane kurtki, podczas gdy część osób już spokojnie przemierza przestrzeń w klapkach ( zupełnie tracąc w oczach „modnych” przechodniów ).

Ja postanowiłem zupełnie się wytycznymi rynku mody nie sugerować i postanowiłem pocić się w szortach, podkoszulku i trampkach. Passé!

Share on Facebook

Zostaw komentarz