Chińska (A)klimatyzacja i o szkołach angielskiego

W sytuacji ciągle panujących dosyć nieznośnych temperatur (okolice 30, duszno i wilgotność sięgająca dziewięćdziesięciu kilku procent) człowiek z lubością udaje się w miejsca obdarzone klimatyzacją, tudzież nadużywa tejże w zaciszu własnych czterech kątów.

O ile ulga spowodowana tymże cudem techniki wydaje się bezcenna, to niestety czasem przyjdzie nam przypłacić te luksusy przeziębieniem. Nie inaczej stało się tym razem. Wchodzenie i wychodzenie z 30 paru stopni, do lodówki może się źle skończyć. Słowem przestrogi, do której słabo sam się stosuję, zakończę te katastrofalne wizje pogodowo-zdrowotne.

Z zupełnie innej beczki, pozwolę sobie zamieścić tutaj spostrzeżenia, niejako z szanghajskiego (a może i chińskiego) rynku pracy. Obcokrajowcowi w Szanghaju, dosyć łatwo znaleźć pracę jako nauczyciel angielskiego. Wielu moich znajomych tak się dożywia. Płaca jak na warunki lokalne nie jest zła (w przeliczeniu, dla początkującego ok. 70PLN za godzinę), a też dodatkowe świadczenia w rodzaju opłacenia dojazdu, mają szansę przekonać do takiego zatrudnienia.

Ciekawostką związaną z tutejszym rynkiem pracy, jest fakt, że znajomość angielskiego wcale nie jest najważniejszym atutem podczas ubiegania się o taką pracę. Najważniejsze to by wyglądać jak obcokrajowiec. Dla przykładu, jeśli tak pracować chciałaby Amerykanka, będąca również Azjatką – jest spora szansa, że w wielu miejscach zatrudnienia nie znajdzie ona, a na przykład Rumun (sytuacja z życia wzięta). Nie jest istotne, że ten drugi mówi z dosyć silnym akcentem, bo przecież wygląda na obcokrajowca.

Oczywiście, że jest to pewne oszukiwanie klientów takiej szkoły. Jednakże, gdy dzieci wrócą do domu po lekcjach, będą mówić rodzicom, że uczy ich prawdziwy obcokrajowiec. Co mogłoby nie być takie proste, w przypadku azjatyckiej urody na przykład Brytyjki. Ot, taki urok chińskiej szkoły angielskiego (niekoniecznie brytyjskiego :) )

Share on Facebook

Zostaw komentarz