Szanghajski dialekt raz jeszcze

Zagłębianie się w zakamarki szanghajskiego dialektu to swoiste wyzwanie dla adeptów uczenia się metodą książkową. Jako pierwsza przeszkoda, zarysuje się nam brak jednej spójnej transkrypcji. Rolę oficjalnej transkrypcji chińskiego putonghua, czyli – mniej więcej – „chińskiego mandaryńskiego” pełni zapis pinyin. Co więcej w związku z wieloma nieporozumieniami i problemami w odszyfrowaniu nazw własnych przy stosowaniu zapisów właściwych danemu krajowi, Chiny zalecają jego używanie także poza kursami językowymi, jak na przykład w doniesieniach prasowych.

Coś takiego jak pinyin dla szanghajskiego, po prostu nie istnieje. Wybierając się do księgarni spotkamy się z przynajmniej kilkoma pomysłami jak tą osobliwość zapisać. Tak nota bene, to ja osobiście nie nazwałbym tego zjawiska dialektem. Przy odrobinie dobrej woli, można by podbudować faktami teorię, że to odmienny język. W taką polemikę jednak teraz nie będę się wdawał, lepiej gdy powiem o paru swoich obserwacjach.

Przyjmując w końcu jakąś transkrypcję i znajdując kogoś kto nas będzie tych cudów uczył, możemy się przekonać, że używanie transkrypcji w procesie uczenia to czasem bieg z przeszkodami. Nie raz i dwa może braknąć pewności nauczyciela, jak zapisać takie czy inne ustrojstwo. Naturalną metodą zapisu będą chińskie hanzi *(czyli te znaki chińskie których jest taka mnogość i urodzaj).

Dla kogoś kto zna już w jakimś stopniu chiński, wcale nie musi to być wielka pomoc. Na pewno nie w poprawnej wymowie. W wielu przypadkach z pewnością pomoże to zrozumieć treść. Często może zaskoczyć nas gramatyka. Zdziwienie jednak może dotyczyć również najbardziej podstawowych treści. Żeby daleko nie szukać: „ja” w pierwszej osobie po chińsku, bardzo łatwo przekształcimy w „my”, przez dodanie jednego znaku (我 wo -》 我们 women ) przy czym po szanghajsku to dwa różne słówka ( 我 ngo -> 阿拉 ala ).

Wymowa, która rzadko, jeśli nie prawie nigdy, nie jest taka sama jak odpowiednie słowa po chińsku, a w wielu przypadkach nawet nie jest podobna, sprawia wrażenie uczenia się nowego języka. W połączeniu z wspomnianymi manewrami gramatycznymi, w wrażeniu tym można się utwierdzić. O ile zapis (jak chociażby powyższe „ja”) często będzie taki sam, to już struktura może nas poważnie zgubić.

Dla dopełnienia radości, sposób w jaki porozumiewają się mieszkańcy Szanghaju używając chińskiego, pozostaje pod wyraźnym wpływem lokalnej mowy. Szanghaj jest w dużej mierze miastem napływowym – jak każde miasto obiecujące lepsze życie. Miesza się więc tutaj wiele dialektów, a jedynym rozsądnym wspólnym językiem jest oczywiście chiński putonghua. Lokalna duma Szanghajczyków, wymusza na przybyłych uczenie się szanghajskiego, wiele bowiem znajomość tegoż może ułatwiać. Właściwie to wypadałoby powiedzieć, że nieznajomość wiele może utrudniać :)

Dość powiedzieć, że skądinąd bardzo dumni ze swojego pochodzenia Pekińczycy nic nie rozumieją z szanghajskiego. Tak jak wszędzie, stolica i inne duże miasta jakoś nie do końca za sobą przepadają. Cóż powiedzieć, od strony językowej trudno się tutaj nudzić :)

Share on Facebook

Zostaw komentarz