Jak świętować to w (u)ścisku

Nie spodziewając się żadnej tragedii wybrałem się na „wspólne jedzenie” z jedną z byłych nauczycielek chińskiego i czterema Japonkami uczącymi się na poprzedniej uczelni, z uzupełnieniem kilkuletniej córki jednej z nich.

Miejsce do którego wypadało mi dotrzeć na czas, było na dalekim południu Szanghaju, z czasem dojazdu bliskim godziny do punktu „zbiórki”, a potem jeszcze kawałek taksówką do punktu docelowego. Miejsce zwie się  七宝老街 Qibao laojie - gdyby ktoś próbował tłumaczyć, to „Dawna aleja siedmiu klejnotów” powinno oddawać znaczenie. Jak to bywa często w takich nazwach, ani dawna, ani aleja, a klejnotów, czy siedmiu czy kilku też z trudem szukać.

Na miejscu jakiś kanał, na zasadzie tych w starożytnych miastach, po których można się przepłynąć łódką, dużo nieco bardziej tradycyjnych zabudowań, czasem – a może raczej często wpakowanymi w kulturalny żelbeton, dla dodania trwałości. A ponieważ to czas świętowania, to najbardziej dla mnie zauważalną „atrakcją” było … morze ludzi. Ścisk trudny do opisania, na bardzo dużym obszarze. Jak ścisk, to góra śmieci – śmieci rzuca się tam gdzie się stoi.

Jak już sobie ktoś wyobraża nieskończenie płynące tłumy, potem doda że po drodze jest mnóstwo małych sklepików, barów, restauracyjek i w regularny sposób te tłumy próbują coś kupić, zjeść albo jedzą „na wynos” płynąc z tłumem, można otrzymać dosyć barwny i pachnący obrazek. Na tym obrazku trzeba domalować jeszcze Pawła, z czterema Japonkami, na bardziej ściśniętych odcinkach z dzieckiem na ramionach (na barana), oraz nauczycielką chińskiego (nie, nie – nie na barana).

Japonki w swoim niepowtarzalnym stylu, w co drugim mniej więcej sklepiku, stwierdzały albo po chińsku że coś jest 可爱 keai (mniej więcej „słodkie”), albo traciły rezon i stwierdzały słodkość po japońsku :可愛い kawaii. Co ciekawe nie oznaczało to wcale zakupów, bo po odwiedzeniu blisko stu sklepików i przedyskutowaniu ich słodkości zakupione zostały dwie małe ozdóbki „na szczęście” w cenie złoty dwadzieścia sztuka, jedna plastikowa zabawka dla dziecka i moja butelka koli – nie licząc chińskiej bułki z mięsem sztuk trzy i dwóch wat cukrowych w dziedzinie naszego dożywiania się, na drodze do „wspólnego jedzenia”.

Nie muszę tłumaczyć, że to trwało dużo czasu. Pomijając te ekscytujące „zakupy”, kilkunastokrotnie peleton się rozciągał, gubił i manewr „wróć-poszukaj-połącz grupę” wychodził nam z czasem coraz lepiej. Oczywiste spowolnienie dodawał chiński tłum, który szedł w tempie „szukanie okazji” z częstym zatrzymaniem się „gdy okazja się natrafiła”. Jako, że często nijak nie da się obejść, wyprzedzić – to tempo było bardzo ślimacze, nawet w sytuacjach gdy peleton zwarł szeregi (czyli rzadko).

W takiej atmosferze dotarliśmy do jednej z małych restauracyjek z dosyć sławnymi pierożkami. Ubaw miałem trochę, jak z córką Japonki (tata to Chińczyk) na ramionach przedzierałem się przez morze ludzi. Wielokrotne spojrzenia to na dziewczynkę, to na mnie, to na dziewczynkę i marszczone brwi: „Ej – coś tu nie gra”.

W restauracji, najpierw podzieliliśmy zadania. Dwie osoby dostały misję walki o pierożki, dwie walki o jeden stolik gdzie ktoś już kończył posiłek, reszta wybrała się z misją na piętro by szukać więcej miejsc. Po nie tak krótkiej batalii upolowaliśmy dwa stoliki i w jak na złość dosyć ciepły dzień, w maleńkim pomieszczeniu, spożyliśmy posiłek niemiłosiernie się przy tym pocąc.

Atmosfera w miejscu była ogólnie gorąca. Chodząca obsługa na drodze od kuchni do punktu „wydawania”, nie przebierała w słowach wydzierając się na pełny głos 让一下!rang yixia! co chyba można by przetłumaczyć „rozstąpić się!”. Stojące nad jedzącymi kolejne grupy zgłodniałych klientów, atmosfera pełnego zwarcia szeregów i koordynacji działań.

Pierożki były niezłe, ale wydaje mi się, że zapewne można zjeść takie lub lepsze przy innych okazjach, natomiast chodzi w tym wszystkim właśnie o tą „gorącą atmosferę”. Chińczycy często jako pozytywne określenie jakiś wydarzeń mówią 热闹 renao, co oznacza „hałaśliwie, ekscytująco”. Mimo, że po krótkiej rozmowie na różne tematy, zawsze jako powód czegoś złego, wymieniają solidarnie, iż w Chinach jest za dużo ludzi – to świętować idą w takie miejsce, gdzie jest ich nie do zniesienia wiele. Ma to na pewno jakąś logikę, że jak jest gęsty tłum, to buduje to wrażenie żywotności, świątecznego nastroju. Każdy zmęczony dniem w takim miejscu, ma pewnie wrażenie, że „poświętował” porządnie. Dodatkowo przy tym, staruszkowie w specjalnych herbaciarniach, gdzie tylko dla seniorów jest wstęp, mają na co popatrzeć. Takie herbaciarnie bowiem zlokalizowane są przy głównych alejkach.

Ja mam mieszane uczucia. Szczególnie, że po zjedzeniu pierożków, czekała nas długa alejka – na której jakżeby inaczej było wiele sklepików, które są przecież takie 可爱。。。

Share on Facebook

Zostaw komentarz