Miejskie różności

Mieszkając w Szanghaju, odnoszę nieustanne wrażenie, spotykania się z czymś co przy odrobinie dobrej woli, można nazwać „lokalnym folklorem”. Większość tych obserwacji, jest interesująca, poszerzająca spojrzenie na to miasto lub najzwyczajniej zabawnych. Nawet jeśli w racjonalnej ocenie, dostrzeżone zjawiska, powinny być poddane surowej krytyce, to stanowią część lokalnego kolorytu i postrzegam je raczej, jako element szanghajskiej całości.

Mało jest spraw, które faktycznie wyprowadzałyby mnie z równowagi. Może za wyjątkiem żebraków, nie szanujących żadnej sfery prywatnej. Pomimo, że podczas mojego pobytu w Szanghaju (którego w kawałkach uzbierałoby się już dobrze ponad półtora roku) szczęśliwie spotkałem się z sytuacją raptem kilka razy, to każdorazowo doprowadza mnie ona do białej gorączki.

Co więcej  moje bezpardonowe reakcje nie spotykają się z żadną reakcją szarpiącego za ubranie żebraka. W daniu na odczepnego jakiegoś drobnego, przeszkadza mi świadomość (ustanowiona przez rozmowy z Chińczykami i zdrowy rozsądek), iż tacy jegomoście wyłudzają podczas jednego przejazdu metrem, czasem więcej niż ciężko pracujący tutaj ludzie przez tydzień, a jakby porównać to z biednymi regionami to zapewne i ten czas uczciwej pracy może być dłuższy niż miesiąc. Nie uważam śmierdzenia i brudnej ręki (tą czystszą trzyma się kubek na pieniądze) za narzędzie pracy, lecz bezczelnego wymuszenia.

Bardziej tragicznym przypadkiem, są wykorzystywane w żebraniu dzieci. Coś co ma podobny przebieg jak na ulicach Krakowa. Dziecko które powinno się uczyć w szkole i cieszyć uciekającym dzieciństwem i tak nie dostanie z tego „tortu” niczego, bo za wszystkim stoją „zaradni” dorośli – którzy dostrzegli, że niektórzy zlitują się nad biedactwem i zechcą dołożyć się do zafundowania mu lepszej przyszłości. Utrwalając tym samym proceder, dając podstawy „zaradnym” do dalszej działalności. Może nawet do rozwinięcia działalności o kolejną „filię”…

Po tych przykrych na szczęście nie, aż tak popularnych scenkach, wspomnę o niejako bliskim zjawisku, jednak o wiele przyjemniejszym. Chętnie rzucam drobne, gdy w korytarzu metra, czy na ulicy, ktoś siądzie z gitarą czy er-hu i mniej lub bardziej udanie się produkuje. Bez takich ludzi, to miasto byłoby o wiele bardziej bezduszne i smutne. Na niedalekiej mi stacji, na zmianę produkują się właśnie te dwa instrumenty. Policja chodzi koło takich artystów bez większego zainteresowania. Wolność jakaś jednak istnieje.

Jak przy wolności, to i parę słów o gospodarczej. Przed salonem Lamborghini czyli w bezpośredniej bliskości, rozstawił się jakiś czas temu (a właściwie rozstawia się wieczorami), człowiek z grillem. Oferując szaszłyki mniej lub bardziej rodem z Xinjiangu, czyli od mięsa różnej maści, przez warzywa, grzyby po chlebki smażone na patykach. Człowiek przyjeżdża na elektrycznym rowerze, z kilkoma mini stolikami i mini krzesełkami i prowadzi taki mini bar. Jako, że z racji na lokalizację miejsce przyciąga tłumy, można mieć sporą nadzieję, że wszystko schodzi na tyle szybko, że nie zdąży się zepsuć.

Jako, że interes się kręci, człowiek wyposażony w telefon ze słuchawką z automatycznym odbieraniem rozmów, realizuje też zamówienia na telefon, przyjmując je nie przerywając procesu smażenia. Do niedawna zostawiał swój interes „na wolnym ogniu” i zamówienia na wynos realizował sam. Po kilku tygodniach pracy, zatrudnia już pomocnika, bądź to w celu realizowania dostaw schodzących towarów, bądź jako doręczyciela dań na wynos, bądź pomocnika przy grillu. Na początku ciągle przyjeżdżał jednym rowerem z napędem elektrycznym, obładowanym wszystkim co wchodzi w skład „baru” i jego dań. Pracownik przybywał pieszo. Teraz to już dwa rowery w tym jeden świecący nowością i jeszcze szybsze realizowanie zamówień. Chętnie byłbym świadkiem dalszego rozwoju takiego sprawnego małego biznesu.

Z przykrością mogę tylko stwierdzić, że w Polsce, człowiek taki od czynności rejestracji działalności borykałby się z oplatającym wszystko systemem urzędników. Najpierw musiałby sobie oczywiście zapewnić bieżącą wodę, zapewne kilka licencji i certyfikatów jakości, dla mięsa homologowaną lodówkę, zezwolenie od straży pożarnej, otrzymać zezwolenie na zajmowaną przestrzeń chodnika, opłacić ją, przetrwać naloty kontroli BHP, inspekcji sanitarnej, może i prowadzić uproszczoną księgowość z kasą fiskalną, przetrzymywać paragony do wglądu kontroli urzędu skarbowego, odprowadzać składki ZUS za siebie, potem za zatrudnianego pracownika, upewnić się, że przy dobrze prowadzonej działalności nie wpadnie pod kolejny próg podatkowy, kontrolować rubrykę kosztów by w razie czego temu przeciwdziałać…. itd. itd.

Tu jest grill, są zadowoleni klienci, biznes się kręci. Im większy tym z pewnością większa szansa na coraz to bardziej zainteresowane rzesze urzędników. Małym jednak nie ma sensu co puszczać wiatrów w oczy, że tak nieładnie się wyrażę, człowiek najpierw sobie dał pracę, potem swojemu pracownikowi, a potem może i komuś jeszcze da pracę. Kolejne kilka osób, o których niezadowolenie nie musi się martwić tutejszy rząd.

Share on Facebook

Zostaw komentarz