Bezczelność nie zna granic

Zakupy w Chinach, z których nie chce się wyjść z poczuciem bycia okradzionym, to męczące zadanie. Wymaga poświęcenia pewnego czasu na targowanie się, udawanie, że się wychodzi, gimnastykowania się wobec pożądanej ceny i próbowanie unikania „naganiaczy”.

Naganiacze to plaga, która zapanowała w centrach handlowych stosunkowo niedawno (z mojego punktu widzenia) i jest wyjątkowo utrudniająca życie. Człowiek taki przykleja się to pewnej osoby lub grupy i niezależnie od braku zainteresowania jego działaniem, podąża za nami gdziekolwiek się nie ruszymy.

Gdy dotrzemy do towaru, na który chcielibyśmy zwrócić uwagę – odgrywa rolę przed sprzedawcą, iż to on nas tu czy tam przyprowadził i że należy mu się z tej okazji procent. Słowem – cwaniaki rzadkiej wody.

To że siłą rzeczy, mając takiego pasożyta koło siebie trzeba zapłacić więcej (na szczęście da się takich natrętów zgubić) to wymierna cena za ich obecność. Niewymierny jest stracony czas i ponawiane próby „zagadania” nas przez tegoż pasożyta, tudzież próby zaciągnięcia do „najlepszego stoiska”.

Najlepiej działa ignorowanie, jednak i to w przypadku tych jegomości, wymaga dłuższego czasu, lub rozdzielenia się z grupą znajomych.

Po męczących aczkolwiek udanych zakupach, usiadłem ze znajomą na kawę i chyba tylko zmęczenie pozwoliło mi nie zauważyć, że pewien jegomość zabrał mój plecak i zaczął się oddalać. Na szczęście znajoma, w polskiej mowie mi to bez specjalnego okrzyku zakomunikowała, a ja zareagowałem na tyle szybko, by nie tylko odzyskać plecak, ale nie dać się zatrzymać przez pięciu pomagierów złodzieja.

Gdy złodziej najpierw przy mojej pomocy spotkał się ze ścianą, a potem aby puścił plecak gdy jego twarz spotkała się z moją pięścią, pomagierzy mimo przewagi ilościowej odstąpili.

Teraz sprawa w Chinach dosyć oczywista, policji nie miałem zamiaru nawet wzywać. Wyjaśnienie sytuacji i  znalezienie niezależnego i zarazem chętnego do składania zeznań świadka byłoby mocno kłopotliwe i bardzo czasochłonne. Zresztą próby dłuższego szarpania się z pięcioma złodziejaszkami, w celu zatrzymania jednego aż do przybycia policji mogłoby się różnie skończyć.

Obyło się bez utraty zdrowia (nie licząc pewnie „śliwy” złodziejaszka) i wszelkich strat materialnych.

Złodzieje w rozumieniu kieszonkowców lub podobnych, a nie napadających z nożem czy bronią, to plaga Chin. Większość moich chińskich znajomych, przynajmniej raz straciło tak komórkę lub portfel. O przyjezdnych z zagranicy na krótki czas nie wspomnę – często to bowiem my, obcokrajowcy jesteśmy głównym ich celem.

Jedynym – dosyć nijakim – pocieszeniem, jest fakt, że o napadach na obcokrajowców, wszelkich działaniach zagrażających naszym zdrowiu się nie słyszy. Podobno za takież działanie, kary są niewyobrażalnie wyższe niż wobec miejscowych. Nie rozumiem, czemu – skoro wszyscy zdają sobie sprawę z uciążliwości i rozmiaru tego procederu – nie spróbuje się wprowadzić wyższych kar, również dla drobnych złodziejaszków.

Skoro tak skutecznie to działa, wobec możliwości fizycznego ataku na obcokrajowca, czy nie udałoby się z czasem wyplenić tych najbardziej uciążliwych jegomości?

Share on Facebook

Zostaw komentarz