Zabawa z językiem chińskim

Pobyt w Polsce, nieco mnie odciągnął od produkowania się na szanghajskim blogu, już niedługo wracam jednak, na chińską ziemię. Sprawa więc o języku.

Mimo, że nie posiadam wysokich certyfikatów, to od czasu do czasu zdarza mi się, spłodzić jakieś tłumaczenie z chińskiego na polski. Ostatnio męczyłem się z jednym życiorysem, który został napisany nieuproszczonym chińskim i do tego dosyć archaicznym językiem. Tekst pisany przez reprezentanta starszego pokolenia na Tajwanie. Nie tylko były to znaki nieuproszczone, ale było tam sporo zwrotów, które sprawiły problemy, nawet rodowitej Tajwance (nieoceniona pomoc i wiele upartego tłumaczenia – z chińskiego na chiński).

Pamiętam jak moja polonistka jeszcze w klasie maturalnej, pomstując do nieba, na nasze nieudolne boje z ojczystą mową, powtarzała, że jakby szkoła nauczyła nas czytać i pisać, to byłoby to ponad wszelkie jej życzenia.

O ile faktycznie, czytając artykuły w polskich gazetach, słuchając wypowiedzi w telewizji (nie mówię nawet tylko o politycznych kwiatkach), nawet bez specjalnego wykształcenia, można wyłapać bardzo barwne zgrzyty językowe, to nijak się to ma to języka chińskiego.

Chińczycy właściwie muszą uczyć się całe życie. Zwykło się mówić, że do czytania gazety wystarcza znajomość podstawowych dwóch tysięcy znaków, a przeciętny Chińczyk po studiach powinien znać ich około pięciu tysięcy. Szacunki takie to ciężki orzech do zgryzienia, bowiem wiele słów o zupełnie neologicznym znaczeniu, budowanych jest ze złożeń z kilku znaków powiedzmy: klasycznych. Niemniej jednak, wykształcenie przecież, nie ogranicza się do jednej dyscypliny. Nawet w codziennej prasie, atakują nas wiadomości ze świata nauki, polityki czy nowinek technicznych.

Wśród moich nauczycieli chińskiego (mowa o rodowitych Chińczykach), zarówno Ci starsi wiekiem, jak i młodsi, wcale nie tak rzadko, uciekali się albo do pomocy słownika, albo szybko wpisywali znak w komórce, by sprawdzić, czy nie pomylili się w pisowni. Przyznam, że z trudem jestem w stanie sobie wyobrazić taką sytuację na zajęciach z polskiego prowadzonych przez polonistę. Może miałem w tej mierze niewyobrażalne szczęście, jednakże, ciężko mi przywołać jakiś humor z zeszytów, który wypełniony byłby, kuriozalnym błędem polonisty.

Nie jestem sinologiem, a moja nauka chińskiego była mocno poszarpana w czasie. Nieużywany język, szybko potrafi umykać w otchłani pamięci. Biorąc dzisiaj chińską gazetę do ręki, ciągle zatrzymuję się dłużej na niektórych zwrotach, a wiele muszę domyślać się z kontekstu. Czasem bez słownika pod ręką, nie jestem w stanie przebrnąć nawet przez krótką wzmiankę prasową.

Kiedyś pokazałem testy językowe, dotyczące certyfikatu językowego, którego udało mi się zdać (a nawet go odświeżyć po przerwie), młodej nauczycielce chińskiego. Na dziesięć pytań, zrobiła tylko jeden błąd. Nieźle. Z tym, że na teście pytań jest o wiele więcej, a to był tylko poziom średnio zaawansowany.

Tak – nauka chińskiego to śmieszne hobby.

Share on Facebook

Zostaw komentarz