Pierwsze wrażenia z Tajwanu

Gdy osoba z Tajwanu stara się o wizę do Polski (czyli stara się o wizę Schengen) to w rubryczce kraj pochodzenia wpisuje Tajwan. Jeśli by wpisała oficjalną nazwę czyli „Republika Chińska” 中華民國 (Zhonghua minguo), z pewnością może wprawić to w konsternację polskich urzędników. W związku z faktem, że żaden z krajów Schengen nie utrzymuje z Republiką Chińską (Tajwanem) stosunków dyplomatycznych (w Europie jedynie Watykan, którego status w Schengen jest specyficzny), to wszystko odbywa się na pograniczu jakiegoś dowcipu.

Jedyna rozpoznawana przez polskie władze republika chińska, to Chińska Republika Ludowa 中华人民共和国 (Zhonghua Renmin Gongheguo). Sytuacja jest dosyć wyjątkowa, ponieważ do dzisiaj władze Republiki Chińskiej (przebywające na Tajwanie) w oficjalnym stanowisku sprawują władzę nad całym terenem Chin i Mongolii, a stolicę mają w Nankinie (gdzie faktycznie sprawuje władzę Chińska Republika Ludowa) i ta właśnie oficjalna stolica, jest tymczasowo przeniesiona do Taipej.

W drugą stronę, „sytuacja Tajwanu” jest analogicznie, choć na mniejszym obszarze, kłopotliwa dla Chińskiej Republiki Ludowej, ponieważ ta w swoim oficjalnym stanowisku sprawuje władzę na Tajwanie oraz na kilku pobliskich wyspach leżących w prowincji Fujian, a faktycznie tej władzy tam nie ma.

Tytuł tego wpisu jednak jest poprawny, Tajwan czy też wcześniej Formoza, to nazwa wyspy na której się Republika Chińska znajduje. Z racji jednak na powyższe, nie wiem czy byłoby mi łatwo odpowiedzieć na pytanie „jakie kraje odwiedziłeś w Azji?”.

Po tym nieco nudnawym wstępie, o wrażeniach rzeczonych słów kilka. To co się pierwsze rzuca w oczy, to że na ulicach jest nieco czyściej, ale nie jest to różnica strasznie rażąca. Może dlatego, że nie zaczynam zwiedzania od Taipej (które podobno w tej mierze jest bardziej przykładne). Nie ma mowy o przesadnym, pedantycznym podejściu w rodzaju singapurskiego. To co miłe, ludzie tutaj są bardziej w naszym rozumieniu wychowani. Nie wpychają się do kolejki (jak to się dzieje przy każdej okazji na kontynencie), na schodach ruchomych zostawiają lewą stronę dla tych co się śpieszą, zwroty grzecznościowe są w ciągłym użyciu i wydają się wyznawać zasadę, że „uśmiech nic nie kosztuje”.

Co do kuchni, to już wiem, że jest tu wiele rodzajów owoców i moja degustacja w tej mierze, wydaje się nie znajdzie końca. Co do pogody, to jest owszem ciepło, ale po szanghajskiej pogodzie, gdzie poza tym, że bywa ciepło, to jeszcze jest typowo wielkomiejski zaduch, nic mnie nie przeraża. Takie samo wrażenie miałem w Malezji, Singapurze czy Indonezji. Nominalnie w liczbach prezentują się jako cieplejsze i nie do życia, a w praktyce – nie jest tak nieznośnie. Owszem, w Szanghaju też bywa przyjemnie i cieplejszych dni pewnie w sumie mniej – to jednak nigdzie (no może paroma dniami w Nankinie) nie miałem tak silnego przeświadczenia, że piekło jest bliżej niż ktokolwiek zakładał, jak właśnie podczas szanghajskiego lata.

Jak będzie kolejna okazja, to podzielę się następnymi wrażeniami – tymczasem udaję się na dalsze degustacje.

Share on Facebook

Zostaw komentarz