Prowincja i stolica Tajwanu

Zacznę jeszcze z małą wstawką do wątku geopolitycznego: mimo, że Taipei to oficjalnie jedynie tymczasowa stolica, to w kilku urzędowych drobiazgach można dostrzec, że coraz mniejsza otoczka podtrzymuje wiarę w władzę nad Chinami z Nankinu. Przykładem mogą być (co prawda jeszcze obecne na ulicach) stare rejestracje motocyklowe, które do niedawna obwieszczały „台灣省” Taiwan sheng – czyli prowincja Tajwan. Z początkiem nowego milenium zapoczątkowano wydawanie tablic po prostu z napisem „台灣” Taiwan.

 ***

W międzyczasie wybrałem się na jeszcze głębszą prowincję w region słynący z produkcji tajwańskiej kawy. Na same najsłynniejsze plantacje nie dotarłem, jednak popodziwiałem widoki – a z rolniczych doznań powinny mi wystarczyć mijane pola anansów, bananów i palmy betelowe. Dosyć charakterystyczne na południu Azji, zarośnięte wszelką zieleniną góry i silne wrażenie wolniej płynącego czasu dla mieszkańców. W ciepłe dni, bardzo mało ludzi na ulicach, a na polach z rzadka ktoś pobrodzi w polu ryżowym. Przyznam się szczerze, że mimo paru zauważonych wyjątków (z pewnością ich więcej, mówię jednak o moich wrażeniach) na kontynencie, wieś tworzyła raczej wrażenie, obszernego PGR’u z czasów gospodarki planowej. Taką bardziej naturalną, gdzie tu ktoś sadzi banany, tam dalej ktoś betelowe palmy, a jeszcze ktoś stwierdził, że zapewni sobie środki do życia sadząc kawę, ciężej było zauważyć. Nizinne otwarte przestrzenie momentami mogą nawet przywodzić na myśl fragmenty polskiego sioła :) Miło było pooddychać jeszcze sensowniejszym powietrzem (szczególnie w górzystych partiach).

Po sielance, udałem się do stolicy i muszę stwierdzić, że pierwsze co się rzuca w oczy, to mniej obcokrajowców niż w Szanghaju i ogólnie o wiele mniej ludzi na ulicach. To ciągle bardzo zaludniona metropolia, ale wrażenie jest bez porównania. Być może subiektywna opinia, ale mam też odczucie, że jest mniej obcokrajowców (przynajmniej tych wyróżniających się z tłumu). To co jest dużą różnicą w porównaniu do szanghajskich realiów, to tam gdzie ludzi więcej, każdy uważa by przypadkiem nie wpaść czy nie zawadzić kogoś w tłumie, a jeśli się to stanie, szybko pada „przepraszam”, a i to najczęściej podwójne. Zwiedzanie przebiega więc bez specjalnych problemów. Zawsze zastanawiałem się, jak to się dzieje, że w Szanghaju na szerokim chodniku często dwie osoby mijające się z naprzeciwka nie będą się w stanie minąć bez zawadzenia się. Mogę się posilić jedynie zgadywaniem, że to tak jak podczas prowadzenia samochodów – każdy minięty „przeciwnik”, każde wciśnięcie się, wymuszenie odczytywane jest jako osobista wiktoria. Widocznie na chodniku, nie ustępując wygodnego „toru” napotkanemu „przeciwnikowi” również się odnosi takie zwycięstwa. Szkoda tylko, że większość ludzi ma podobne założenia i się często zderzają :)

Postaram się podzielić dalszymi wrażeniami, tymczasem udaję się zwiedzać i degustować. Jeszcze tylko uspokajające wiadomości lokalne: w nocy nawiedziło Tajwan trzęsienie ziemi, które miało 6.7 w epicentrum na morzu, a w Taipei 3 stopnie. Potrzęsło wszystkim zdrowo ale nic z dobytku nie spadło i się nie potłukło :)

Share on Facebook

Zostaw komentarz