Chińczycy nie chcą się szczepić

Dla mnie temat grypy H1N1 zwanej także „świńską”, jest z jednej strony świetnym sposobem na nabicie portfeli różnych producentów medykaliów (w tym szczepionek), a przy okazji kieszeni ludzi u władzy ten proceder ułatwiających, a z drugiej strony stanowi doskonały temat zastępczy w mediach. Ma bowiem podstawową cechę dzisiejszego main-streamowego newsa: sensacja!

Już o tym pisałem, natomiast tym razem trochę o liczbach w Szanghaju w pewnym zestawieniu. Na początek o chińskim rozsądku: w ankiecie portalu Sohu, 54 procent respondentów odpowiedziało, że nie chcą się szczepić w obawie czy aby szczepionka jest bezpieczna. Nie są to szczególnie szokujące dane, gdy przeciętny mieszkaniec Szanghaju zdaje sobie sprawę, że w mieście od początku „epidemii” (maj 2009) były dwa poważne przypadki zachorowań, z sumą wszelkich zanotowanych przypadków – 1278. Gdy WHO ogłaszało „pandemię” nie miało to pokrycia w chińskich statystykach.

Jak na razie, od połowy października, zaszczepionych zostało 41,000 osób z tzw. grup zwiększonego ryzyka (personel szpitali, policja, kobiety w ciąży, niemowlaki oraz  uczniowie i personel szkół podstawowych i gimnazjów). Szczepionki dla tych grup są za darmo (czyli płacone z kieszeni podatnika).

Trzeba przyznać, że w mieście z ponad 20 milionów mieszkańców, powyższe liczby nie szokują.

Jako, że wcześniej zanim zaczęły się ptasie, świńskie i kto wie jeszcze jakie grypy, na powikłania grypy – która od zawsze sezonowo sobie mutowała – umierało niestety sporo osób, przejrzałem przy okazji, korzystając z wyszukiwarki, co mogło się przytrafiać od lat i przytrafiało, a nikt nie ogłaszał z tego względu pandemii i nie próbował sprzedawać milionów dawek szczepionek.

Np. nagły zgon sercowy, który również może występować jako powikłanie grypowe, tylko w Stanach Zjednoczonych co roku dotyka od 200 000 do 450 000 osób. Śmiertelność to średnio 30 osób w tygodniu, na jeden milion populacji. Oczywiście to nie tylko związane z grypą przypadki, ale chyba nadawałoby się to na sensację, nawet bez grypy w nazwie?… No tak! Zapomniałem, że nie ma na to szczepionki, którą można szybko sprzedać.

Generalnie już tak zupełnie na boku, to cała afera z H1N1 z pewnością zwiększa wykrywalność jakiegoś przemytu, bo przecież wystarczy, że się przemytnik przeziębi i trafi na kwarantannę.

Jednak nieco poważniej, jeśli ludzie którzy się przemieszczają i mieli pracować, a złapią po drodze katar, to poza ewentualnymi kosztami ich hospitalizacji, są przecież koszty niebezpośrednie – np. wynikające z braku świadczenia pracy przez jegomości na kwarantannie, koszty zmiany rezerwacji lotu w innym terminie, straconych wakacji (czyli poza tym „bezcennym” brakiem wrażeń po stronie turysty, są przecież jeszcze  niewydane pieniądze w jakimś hotelu, muzeum…) itd.

Ja osobiście w planowaniu lotu zawsze mam obawy związane z tymi wszelkimi „pandemicznymi” przepisami. Na lotnisku w Szanghaju są np. kamery termowizyjne (szumnie zwane „skanerami temperatury”) wyłapujące tych jegomości z gorączką. Dodatkowo, jeśli ktoś w samolocie rzeczywiście był zarażony „zabójczym wirusem”, to istnieje ryzyko, że wszyscy pasażerowie odwiedzą kwarantannę.

Nie wiem czy ktokolwiek, po ponad dziesięciu godzinach lotu czuje się świeżo i jest w 100% przekonany o doskonałym stanie swojego zdrowia, natomiast na druczku który się wypełnia przed przekroczeniem chińskiej granicy na lotnisku, jest nawet opcja do zaznaczenia „odczuwanie zmęczenia”. Tajemnicą poliszynela jest to, że zaznaczenie którejkolwiek z „podejrzanych” opcji, może się skończyć co najmniej na dodatkowych badaniach. Zakładam więc, że większość osób zeznaje, że żadnego zmęczenia nie odczuwa.

Już widzę jak komuś rodzi się w myślach jakaś praca z dziedziny socjologii, na temat zmęczenia lotami, gdzie można by się posiłkować druczkami zdrowotnymi z chińskiej granicy. Można by „dowieść”, że w drugiej połowie 2009 roku, 99% przybywających do Chin osób nie odczuwa zmęczenia. Dalsze badania można by już ze spokojem prowadzić w celu zbadania, czy to wygodniejsze fotele, czy to przepyszny lotniczy katering, czy też może to tutejszy przyjazny klimat?

Share on Facebook

Zostaw komentarz