Wycieczka do terakotowych wojowników

W ramach pierwszego kroku do zatarcia złego wrażenia ciszy na blogu, zacznę od akcentu fotograficznego:

Xi’an panorama (kliknij na obrazek dla wyświetlenia w pełnym wymiarze).

Zdjęcie to jest sklejone dzięki panoramicznym opcjom mojego aparatu, a zrobione było pod koniec listopadowej wycieczki do Xi’anu.

Sytuacja ujęta na panoramie jest efektem tego co nazywa się „możliwe są nieznaczne opóźnienia połączeń”, a rzecz dzieję się w poczekalni dworca głównego w Xi’an (czyli w miejscu gdzie znajdują się szczęśliwi posiadacze biletów – w odróżnieniu od tego co działo się na zewnątrz, jak na przykład przy kasach biletowych gdzie ludzi bywa oczywiście więcej).

Zacząłem od tego malowniczego pejzażu, jednak sama podróż do tego ważnego punktu na mapie Chin, miała też swój koloryt lokalny. Jako forma dotarcia do celu z Szanghaju, została wybrana tzw. „twarda kuszetka”, z którą dawniej zapoznać się mogłem podczas podróży do Guilinu. Nie powiem, że gdybym miał wybierać się sam, pewnie rozważyłbym raczej polowanie na promocyjny bilet lotniczy, który byłby niewiele droższy, a oszczędziłby „trochę” czasu, ale efekt skali i „korzystne” połączenie, z wsiadaniem do pociągu wieczorem i dotarciem na miejsce o poranku zostało wybrane w przypadku wycieczki grupowej. „Twarda kuszetka” nie jest, aż tak twarda jakby nazwa sugerowała, a różni się od „miękkiej” tym, że jest to z grubsza otwarta przestrzeń, z sześcioma pryczami w każdej sekcji. Z racji na popularne ostrzeżenia przed złodziejami, a także dosyć małą przestrzeń „dzienną” na „parterze” – w tej formie zdecydowanie najlepiej jest gdy w naszej sekcji będą tylko znajomi.

„Korzystne połączenie” zaczęło co poniektórych zastanawiać, gdy pociąg w nocy kilkukrotnie się zatrzymywał (co nie dawało pewności, czy aby 1200 kilometrów, zostanie pokonane w obiecywane 8 godzin). Następnego dnia gdy się obudziliśmy i stało się jasne, że stoimy (mniej więcej) koło miejscowości 徐州 Xuzhou, (potęga komórek z GPS) a dokładniej 20km od dworca głównego w tej miejscowości. Co po oddaleniu mapy w tejże komórce, oznaczało: jesteśmy mniej więcej w połowie drogi – w mniej więcej szczerym polu.

Oficjalne komunikaty kierownika pociągu padały bardzo ogólne, jednak wiadomo było, że wszystkiemu winne były nieprzewidziane opady śniegu – co odczytywaliśmy, że coś się popsuło / lub też, coś stało się nieprzejezdnym – natomiast komunikat konstatował, że zarówno przed, jak i za nami na torach było kilka pociągów w podobnej sytuacji (co chyba miało nas pocieszyć, a zarazem przekonać o beznadziejności sytuacji i braku opcji awaryjnych).

W ciągu następnego dnia postoju, zaobserwowaliśmy wielu zdenerwowanych pasażerów wykłócających się z Bogu ducha winną obsługą pociągu o to by wreszcie ruszyć. Nie wiadomo nam czy to dzięki takim właśnie cholerycznym wypadom korytarzami w stronę lokomotywy, czy też dzięki temu, że śnieg się roztopił – ale po dwudziestu-kilku godzinach ruszyliśmy.

„Korzystne połączenie” dostarczyło nas na miejsce po 36 godzinach. Trzydziestu sześciu godzinach, w miłym towarzystwie i w już nie tak miłych oparach chińskich zupek.

Sam program zwiedzania zrealizowany został całkowicie w bardzo przyśpieszonym tempie. Co w chińskim wydaniu, oznacza ominięcie odwiedzenia hotelu, zaraz po przyjeździe – bo przecież to mogłoby zburzyć już i tak napięty plan zwiedzania (dając jednak sporo czasu na posiłek i trawienie w jednej z zaplanowanych i opłaconych restauracji). Prysznic został więc odłożony najpierw  (w poprawionym grafiku) do popołudnia – jednak ponieważ autobus, który nas na prysznic miał dowieść, się zepsuł – to koniec końcem do wieczora.

Mogę więc potwierdzić, że miasto słynie głównie z terakotowych wojowników stojących niewzruszenie na straży cesarskiego grobowca. Poza tym ma imponujące mury obronne, całkiem udany nocny targ i smaczną kuchnię.  O tym wszystkim jednak można wyczytać w pisanych ze znacznie większym polotem przewodnikach. Z pewnością gdy nadarzy się okazja, rozważę wybranie się tam jeszcze raz – może przy okazji zwiedzając co ciekawsze miejsca w prowincji Shaanxi (陕西省 Shan3xi1 sheng3, nie mylić z 山西 Shan1xi1).

Natomiast nie ukrywam, że po 48 godzinach spędzonych w pociągu i z chińskim grafikiem zwiedzania „w pozostałym czasie”, bardzo doceniłem powrót na szanghajskie śmieci. Mogę nawet dodać, że niektórzy ludzie z grupy, którzy w Chinach są bardzo krótko, prawie się popłakali gdy zobaczyli w drodze powrotnej – logo szanghajskiego dworca.

Na koniec, nieco więcej zdjęć:

1. Terakotowi wojownicy

Xi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an BingmayunXi’an Bingmayun

2. Pagoda Dawanta wraz z kompleksem przyświątynnym.

Xi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’an

Xi’an

3. Muzeum

Xi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’an

4. Mury obronne

Xi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’anXi’an

Za jakość zdjęć przepraszam, w tych kilku przypadkach gdy miałem szansę na dobre ujęcie, najwyraźniej musiały przeszkodzić trudne warunki atmosferyczne.

Share on Facebook

Zostaw komentarz