海峽兩岸 – czyli „dwie strony cieśniny”

Ostatnie wiadomości o przypieczętowaniu umowy na sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia dla Tajwanu, oczywiście rozsierdziły władze w Pekinie, ale patrząc z pewnego dystansu to raczej oznaczają, że podtrzymane zostanie najzwyczajniej status quo. Co prawda prezydent Ma i prezydent Hu  dokonali niedawno wiekopomnych kroków, odbywając pierwszą bezpośrednią oficjalną rozmowę przywódców obu republik, od kiedy obie republiki proklamują swoje istnienie (nota bene, treść rozmowy, w której żaden z jaśnie panujących prezydentów, nie zwraca się do siebie tytularnie, by uniknąć problematycznej kwestii piastowanego stanowiska, to majstersztyk dyplomacji!). Dokonano również wiele w tak prozaicznych tematach jak loty bezpośrednie, czy też ułatwiano wzajemne inwestycje. Jednakże „ocieplenie” relacji, wywołało falę krytyki, a nastroje samych mieszkańców Tajwanu jednoznacznie wskazują, że nie specjalnie garną się do jednoczenia z kontynentem.

Warto podkreślić, że w istocie większość uzbrojenia na które opiewa nowa umowa to faktycznie rozwiązania obronne: zarówno rakiety Patriot jak i morskie Harpoony służą raczej do niszczenia agresora, a trudno sobie wyobrażać by przy pomocy kilkudziesięciu helikopterów BlackHawk, ktoś przy zdrowych zmysłach chciał szturmować kontynent. Nie trzeba chyba w ogóle omawiać sprawy dwóch niszczycieli min, czy sprzętu komunikacyjnego. Co więcej w istocie USA jedynie wypełnia swoje zobowiązania wynikające z podpisanego traktatu – Sino-amerykański Traktat o Wzajemnej Obronności z 1954 (tłum. nazwy – autor).

Wiele wskazuje na to, że to raczej gest polityczny mający na celu ochłodzenie, tudzież „wstrzymanie ocieplania” wzajemnych relacji. Ciężko sobie wyobrazić jakiekolwiek realne odwetowe działania zbrojne, które miałyby zobrazować chińskie stanowisko. W końcu ChRL to pędząca gospodarka oparta o eksport i bardzo wrażliwa na ewentualne sankcje „wojenne”.

Może nie będzie chwilowo dalszego rozwoju relacji, przekładających się na więcej połączeń lotniczych, może Tajwańczycy na kontynencie już nie będą mieli ułatwień w prowadzeniu działalności – ale raczej nie będzie też wyraźnego ochłodzenia. W końcu ochładzanie relacji by przekreślało pokojowe przyłączenie „zbuntowanej wyspy” do kontynentu, co władze w Pekinie upatrują sobie jako punkt honorowy.

Z nieco bardziej „szanghajskiej beczki” mogę wtrącić parę uwag jak sami Chińczycy odnoszą się do przybyszy z Tajwanu i odwrotnie. Tajwańczycy często w rozmowie z nieznajomymi, na pytanie skąd pochodzą, potrafią powiedzieć nazwę prowincji, z której pochodzą rodzice (wg. oficjalnych danych 98% mieszkańców wyspy to Chińczycy Han). Zdarza się tak bowiem, że niektórzy Chińczycy z kontynentu odnoszą się do Tajwańczyków nieprzychylnie.

Da się „usłyszeć”, że ktoś jest z Tajwanu. Sam „tajwański akcent” byłby w istocie bardzo zbliżony do tego z prowincji Fujian, jednak ponieważ język na wyspie przez ponad pół wieku rozwijał się swoim biegiem, wiele jest trudnych do uniknięcia różnic. Czasem to niuanse, gdy jakiś wyraz na Tajwanie znaczy to samo, ale raczej brzmi archaicznie i ma swój odpowiednik we współczesnym języku mówionym, a czasem to zupełny zanik, bądź niewystępujące po drugiej stronie zatoki neologizmy (działa to w obie strony).

Sam Szanghaj, który charakteryzuje się dosyć silnym lokalnym patriotyzmem, wpadającym miejscami w skrajność, w coś w rodzaju lokalnego „nacjonalizmu”, tak więc na pewno może się zdarzyć, że w niektórych kręgach, przybysz z Tajwanu poczuje się obco. Niemniej jednak, większość populacji Szanghaju, to ludność napływowa (oraz coraz liczniejsi obcokrajowcy) i to właśnie tu łatwiej zaciera się granica między tym, czy ktoś przybył z którejś prowincji w granicach ChRL, czy z Hong Kongu/Makao/Tajwanu czy jako ABC (American Born Chinese – urodzony w stanach ale ciągle Chińczyk Han, a skrót ABC czasem odnosi się do wszystkich Han urodzonych poza Chinami). W większości więc sytuacji, jeśli akurat nie natrafi się na 老上海 to mimo, że niechęć może wystąpić, obie strony potrafią dojść do porozumienia i niekoniecznie „nóż się w kieszeni otworzy”.

Pamiętam, że jak rozmawiałem z Chińczykami spotkanymi w China Town w Malezji, to żalili się trochę, że wracając na kontynent, są traktowani jak obcy. Mówili, że nie czują się w Chinach już jak u siebie. Myślę, że musi upłynąć pewien czas, by zniknęły takie nastroje. W kraju w którym tak na prawdę raptem trzy dekady, życie zaczyna zmieniać się na lepsze, ludzie którzy dużo wcześniej emigrowali „do lepszego” unikając koszmaru np. Rewolucji Kulturalnej, są postrzegani przez pryzmat wydarzeń- jako Ci co „uciekli” zostawiając ojczystą ziemię itd. Na Han z Tajwanu, ciąży specyficzne, ale pod pewnym kątem podobne odium: w tym przypadku „uciekli” nie tylko ludzie, ale „uciekł” też kawałek Chin, wraz z Guomindangiem i bagażem chińskich zabytków.

Wracając jeszcze na koniec do sprawy sprzedaży amerykańskiej broni na Tajwan. Myślę, że krytyka Stanów Zjednoczonych, iluzoryczne sankcje (władze w Pekinie nakładają sankcje na import amerykańskiej broni do ChRL, mimo iż oficjalnie od 1989 roku z wydarzeniami na Tian’an men, USA i amerykańskie firmy nie mogą sprzedawać broni do ChRL ) i wszelkie głośne medialne oburzenie, raczej jest nakierowane by prężyć muskuły i stwarzać pozory dla swoich obywateli. Na zewnątrz ciężko odczytywać to inaczej niż, groźne kiwanie palcem w bucie.

Share on Facebook

Zostaw komentarz