Leciałem Air China, czyli kto nam zabrał poniedziałek

Tym razem skorzystałem z uprzejmości linii Air China (w połączeniu z polskim LOT przez Frankfurt), na mojej drodze do Chin. Nie mam większych zastrzeżeń do samego samolotu czy obsługi, ale na pewno samolot którym leciałem jest jakąś klasę niżej, niż aktualnie latające do Chin samoloty Lufthansy, a także bez porównania z BA. Niemniej jednak, może z wyjątkiem braku regulowanych zagłówków, było znośnie – szczególnie biorąc pod uwagę, że cena jest korzystna. Starsze typy foteli, brak osobistego „centrum mediów” w zagłówku fotela przed nami, czy też ogólnie „znoszone” wyposażenie – to wszystko da się wytrzymać – przy wyraźnej oszczędności na cenie biletu. Obsługa miła, jedzenie jak to w samolotowych cateringach bywa… (no może z chlubnym wyjątkiem AirAsia gdzie do wyboru są dania malezyjskie – na prawdę niezłe).

Termin lotu przypadający na 大年初二 (danian chuer – czyli drugi dzień Chińskiego Nowego Roku), to czas, który Chińczycy powinni już spędzać z rodziną, tak więc było sporo luzu w samolocie. Dodatkowo termin przyczynił się, do ciekawego błędu. Jako, że lot odbywał się z niedzieli na poniedziałek, co poniektórzy przebudzający się komunikatem o zbliżającym się lądowaniu, z niedowierzaniem przecierali oczy: otóż, komunikat najpierw po chińsku potem po angielsku, głosił, że mamy deszczowy wtorek, 14:16, a temperatura wynosi pięć stopni. Po krótkim zdziwieniu, gdzie zniknął poniedziałek i czy czasem nie lecieliśmy z „pewnym” opóźnieniem, z różnych miejsc samolotu, dało się słyszeć wyjaśnienia pasażerów i sporo śmiechu. Ktoś kto zapowiadał, musiał być myślami wyraźnie w obchodach noworocznych, gdyż wtorek to: 星期二 (xingqi er) i raczej popełniony błąd nie leży w podobieństwie wymowy. Już o angielskim Tuesday padającym zaraz po nie wspominając.

Z uwag praktycznych, bilety LOT+AirChina, mimo tego, że obie linie są członkami StarAlliance, nie są dostępne w „normalnym” trybie u polskich agentów.  Trzeba je rezerwować przy pomocy np. niemieckich agencji na własną rękę, albo przy pomocy agencji polskiej, która sama się skontaktuje z niemieckim partnerem. AirChina nie ma bowiem prawa sprzedawać biletów w Polsce. Różnica dla klienta jest taka, że aby mieć jeden bilet, lepiej chroniący w przypadku opóźnień lotu łączącego, trzeba zapłacić podwójną opłatę agencyjną.

Share on Facebook

Zostaw komentarz