O współpracy polsko-chińskiej

Komentarz z ostatniego wpisu poruszył moje rozmyślania w sprawie tego czy Polska może urosnąć do strategicznego partnera Chin. Jakiś tydzień temu w newsach z różnych europejskich gazet, przewaliła się burza o pierwszy w europie odcinek drogi szybkiego ruchu, budowany przez chińskie konsorcjum. Europejscy komisarze od Czegoś-Tam-Mądrego przekonują, że w przetargu pomaga temu konsorcjum chiński rząd i że chińscy pracownicy będą pracować za zaniżone stawki i że w ogóle tak tanio i szybko wybudowana droga jest nie fair wobec uczciwych (najlepiej niemieckich) firm europejskich.

Konkluzją przesłania unijnych emisariuszy jest, że lepiej wybudować dwa razy wolniej, trzy razy drożej z udziałem uczciwego jewropejskiego konsorcjum jak działo się to wcześniej i to właśnie będzie uczciwe (sic!). Unijny Komisarz od Czegoś-Tam, powiedział nawet, że „żadna firma nie jest w stanie konkurować z chińskim rządem”. Tylko popatrzmy uczciwie, jeśli konkurencja (niech sobie nawet będzie wspierana przez Marsjan) chce nam budować świetne drogi taniej i szybciej, to czemu ma nam to przeszkadzać? O jakości dróg wiem co mówię, tutaj na ulicach na prawdę można zauważyć nisko zawieszone Ferrari czy Lamborghini w każdych kolorach przemieszczające się bez łamania felg na każdym skrzyżowaniu – i nawet jeśli na prowincji drogi ciągle pozostawiają wiele do życzenia, to patrząc na szanghajskie warunki można powiedzieć jedno: Chińczycy potrafią budować świetne drogi.

Jeśli jakaś firma potrafi budować, ale drożej, to albo powinna ciąć koszty wywalić na bruk połowę zarządu zarabiającego krocie, powiedzieć pracownikom, że musi im odebrać połowę bonusów i ciąć wynagrodzenia, bo nadchodzi zagrożenie z Chin – a jak nie sprosta, to powinna upaść, bo oznacza, że drogi budowane z podatków (za nasze pieniądze), będą droższe, a nie tańsze, a tym samym będzie mniej kilometrów dobrych dróg. Skoro żyjemy w demokracji i drogi budowane są za nasze podatki, to najlepsza i najtańsza opcja powinna wygrywać w przetargach czy są to Chińczycy, Polacy czy Hindusi. A następnym razem kiedy polska, (pardon: europejska) firma stanie do przetargu, powinna zrestrukturyzować się, może zatrudnić więcej imigrantów, zrezygnować z premii dla zarządu, robić cokolwiek jest w jej organizacyjnej i pomysłowej mocy, a może będzie w stanie konkurować z Chińczykami i „tworzyć miejsca pracy”.

Jeśli koniec końcem nie ma takiej opcji, żeby polskie czy europejskie firmy konkurowały z chińskimi, może powinny jednak zbankrutować, a budowanie dróg zostawmy lepszym i mądrzejszym. Konkurencja na rynku, który z uporem lepszej sprawy, politycy próbują nazywać „wolnym”, ma przecież w teorii prowadzić do tego, że jeśli ktoś chce z uporem sprzedawać swoje produkty drożej, to potencjalni klienci będą wybierać produkt w tej samej jakości sprzedawany taniej przez kogoś innego. Jeśli ktoś obawia się, że Chińczycy przejmą rynek budowy dróg i podniosą ceny, to przecież właśnie wtedy powinny rosnąć jak grzyby po deszczu europejskie konsorcja, które zaczną dostrzegać utraconą wcześniej niszę rynkową. Konkurencja ma gwarantować jedno: niższe ceny dla klienta, w tym przypadku dla użytkowników dróg, sprawdzających za każdym razem, za co płacą za litr benzyny dwa razy drożej niż w „normalniejszych” krajach.

Zapomniałem podkreślić jedną sprawę, ale łatwo było to zgadnąć: kontrowersyjny pierwszy w historii odcinek drogi, który ma powstać z udziałem chińskiego konsorcjum, będzie budował się między Łodzią, a Warszawą (jeśli nie zabronią tego unijni komisarze od Czegoś-Tam). Może jednak jest dla nas jeszcze światełko w tunelu z gospodarczą współpracą z Chinami.

Share on Facebook

Zostaw komentarz