Protesty za protesty

Robienie zakupów w supermarketach w Chinach, w wielu przypadkach to sport ekstremalny, zarezerwowany tylko dla najlepszych zawodników. Długie kolejki do kas, czy też korkujące szerokie korytarze, sekcje z promocjami, to dżungla która może pokonać nawet najsilniejszych. Tym razem jednak, dzięki pewnym zawirowaniom politycznym, przynajmniej jedna sieć supermarketów była nieco mniej oblegana.

Po tym jak wydarzenia na trasie ognia olimpijskiego w Paryżu, wzbudziły wiele emocji, francuski Carrefour został oskarżony o popieranie niezależności Tybetu. Symbolem francuskiej agresji na Chiny, został atak na chińską paraolimpijską zawodniczkę – Jing Jin, która poruszając się na wózku inwalidzkim, niosła pochodnię olimpijską w Paryżu. Czarę goryczy mógł też przepełnić prezydent Nicolas Sarkozy, nie potwierdzając czy raczy się pojawić na ceremonii otwarcia igrzysk w Pekinie.

W lokalnej prasie, panuje euforia i wzburzenie, kłamliwymi zachodnimi mediami. Wokół tematu tybetańskiego, rozpętała się wojna, w której na pierwszej linii frontu, stoją właśnie media. Carrefour, który w swojej sieci w Chinach ma ponad sto supermarketów, momentalnie wystosował oświadczenie, iż popiera igrzyska w Pekinie i że nie wspiera żadnych grup postulujących tybetańską niezależność, jednakże niewiele zdało się to pomóc.

Po gwałtownych protestach w Londynie, Paryżu i San Francisco, wydaje się to dziwne, że najsilniej oprotestowano Francję. Może są w tym jakieś partykularne interesy, a może po prostu było tutaj najwięcej „symbolicznych” argumentów, którymi łatwiej poruszyć opinię publiczną. Fakt, że gdy porozmawiać z Chińczykami, to większość stoi murem, za polityką dyktowaną przez Pekin. O ile wydaje mi się, że tego typu demonstracje w Chinach są zawsze inspirowane odgórnie, ponieważ to kraj w którym tak na prawdę nie ma prawa do demonstrowania czegokolwiek, jednakże jestem w stanie uwierzyć, w trochę autentycznego entuzjazmu protestujących.

Ciężko powiedzieć czy śmiać się, czy płakać, że dosyć zdecydowane w porównaniu z francuskimi, decyzje polskich władz, nie zostały tutaj zauważone. Przynajmniej nie pisała o tym żadna prasa. Na pewno jakikolwiek bojkot „polskości” tutaj byłby niezłą zagadką dla tutejszych włodarzy. W przeciwieństwie do niemalże każdego europejskiego kraju, Polska nie ma tutaj nic co by można było nazwać polską marką. Nawet wódka Wyborowa, mimo uznanej jakości i szybujących zysków na chińskim rynku, nie kojarzy się z Polską. Dla wielu Chińczyków, jesteśmy dosyć bezbarwnym krajem z byłego bloku sowieckiego. Spokojnie można odnieść też wrażenie, że chińskie władze uważają Polskę za kraj bez znaczenia, zarówno z politycznego jak i gospodarczego punktu widzenia. Oczywiście są jakieś rodzynki jak rozpoznawalny Fryderyk Szopen, ale czasem zajmuje to chwilę czasu, by Chińczyk skojarzył coś czym mógłby się pochwalić, że wie o Polsce.

Nie da się ukryć, że bardzo wyraźnie widać tutaj silną niemiecką, francuską, brytyjską czy amerykańską obecność. Nawet mniejsze kraje jak Irlandia czy Czechy dobrze się w Chinach promują. Dosyć oczywiste jest, że Chiny to kraj który z jednego punktu widzenia, jest wielką fabryką z olbrzymim zasobem siły roboczej, z drugiej to wzrastający rynek, na którym posiadanie malutkiego udziału, może oznaczać krociowe zyski. Mieszkając tu można odnieść wrażenie, że Polska jest tu jedynym krajem nie dostrzegającym oczywistych okazji, a przy tym jedynym krajem, któremu nie zależy na promowaniu swojego dobrego imienia.

Tak czy inaczej w kontekście psucia relacji, można powiedzieć, że ciężko popsuć coś czego praktycznie nie ma. Przy tej okazji  będę się upierał, że chociaż raz jest to dla Polaka w Szanghaju pewien pozytyw z polskości.

Share on Facebook

Zostaw komentarz