To musi być lepsze zarządzanie

Wybrałem się na posiłek, który mimo mojej niechęci do naleciałości z obcych języków, jestem zmuszony określić jako lunch. Taka bowiem jego pora.

Wybrałem się w asyście chińskiej znajomej, Niemca i Austriaczki, do wielce interesującego miejsca. Z gatunku tych: „Takie rzeczy tylko w Chinach”. No może znalazłoby się na mapie jeszcze kilka krajów, w których w centrum nowoczesnego miasta można wyszukać takie zakonserwowane brakiem zmian przybytki. To restauracja z cyklu „Ostra zupa” (麻辣汤). Przychodzi się do takiego miejsca, rzeczy które człowiek by chciał zobaczyć w zupie, wybiera się prosto do koszyczka, zajmuje miejsce, po czym po chwili otrzymuje się zupę, żywiąc nadzieję, na zobaczenie w zupie, wybranych rzeczy.

Tak też było w moim przypadku. Było trochę przygody z wybraniem miejsca do siadania. Z racji na kulturalne obłożenie stolików na zewnątrz, oraz w środku – powiedziano nam, byśmy się udali na piętro. Na piętra przechodziło się przez kuchnię, po wąskich schodkach, aż do dwóch małych pokoików z plastikowymi taborecikami. Do jednego z pokoików aby wejść, ja z moim wcale nie imponującym wzrostem, musiałem się niemal zgiąć w pół, a prawie dwumetrowy Niemiec dokonać musiał niezłej akrobacji. Było zabawnie, ponieważ napis aby uważać na głowę, był mniej więcej na wysokości jego pasa.

Po zdobyciu stolika, przy mrugającej świetlówce, przyjrzeliśmy się wystrojowi restauracji. Odchodząca zewsząd farba, jakieś pudła chwilowo zmagazynowane na dwumetrowej przestrzeni, w której zmieściły się jeszcze trzy stoliki. Maleńkie okno, z zewnątrz zasłonięte szyldem jakiegoś sklepu i jak można się domyślić wszystko odpowiednio zaniedbane i zmęczone czasem. Taborety w edycji dla małych dzieci.

Zupa była dobra. Doszukałem się kompletu wybranych przez siebie rzeczy, dodałem z gestem ostrej przyprawy – i szybko w maleńkim słabo wietrzonym pokoiku zacząłem umierać z gorąca. Okazało się, że wybrałem składników za wyjątkowo małą kwotę, jednak mogę powiedzieć, że nawet się najadłem. Reszta towarzystwa, wrzucając do zupy raptem parę składników więcej, jednak wydała kwotę, za którą można zjeść w niedalekiej włoskiej (prowadzonej przez przyjezdnego Japończyka) restauracji, olbrzymie spaghetti oraz kawę. Spaghetti, które o dziwo – zatrważająco – przypomina takie, które można zjeść we Włoszech. Oczywiście, że koneserzy nie zostawiliby pewnie suchej nitki na wielu tamtejszych daniach, ale na prawdę szczególnie zestawiając relację ceny do jakości, można być wyjść z tego miejsca tylko zadowolonym.

Niemniej jednak, ten włosko japoński lokal, to całkiem duża klimatyzowana restauracja. Czysta, z ładnym widokiem, z całym sztabem kelnerów w schludnych uniformach, wykrzykującymi zwyczajowe zwroty grzecznościowe. Trudno porównywać aż tak skrajnie różne miejsca. Do którego punktu w krajobrazie w normalnej restauracji, można by porównać maleńki zatęchły pokoik na poddaszu z nierównomiernie mrugającą świetlówką?

Jedyne rozsądne wytłumaczenie tak różnej jakości miejsc, o dosyć podobnych cenach, to różnica w jakości zarządzania. Z drugiej jednak strony, bardzo ciężko wytłumaczyć, jakim cudem, taki niemalże w oczach rozpadający się bar, który nazywa się tu restauracją, wytrzymuje konkurencję. Może gra tu jakieś przyzwyczajenie? Przeświadczenie, że „tu na pewno jest tanio”, a „tam na pewno jest drogo”. Może w końcu po prostu: tu jest „swojsko”, a tam „obco”.

Jakby na to nie patrzeć, takie bary-restauracje to kawałek obrazka Chin. Miejski folklor. Zapewne, świetny plener dla fotografów. No i zupa całkiem dobra :)

Share on Facebook

Zostaw komentarz