Refleksje po wystawie

Wystawa kaligrafii Liu Tao skończyła się z końcem listopada i nadeszła pora na jakieś podsumowanie. Muzeum „Manggha” otwiera się już od dłuższego czasu, na inne kraje azjatyckie jednak po zakończonej wystawie ja odniosłem wrażenie, że w działalności statutowej przeważa ta związana z Japonia. Nie wiem czy był to wynik jedynie zbiegu okoliczności, jednak po początkowo samych dobrych wrażeniach i świetnej opiece pani vice dyrektor, wydaje się, że coś musiało się wydarzyć co doprowadziło, do innego podejścia jeszcze przed otwarciem i wernisażem. W pewnym momencie nie było wiadomo do końca, kto po stronie muzeum odpowiada za wystawę.

Ponieważ stałem w miejscu osoby niejako kojarzącej obie strony, starałem się wszystko przedstawiać na tyle dyplomatycznie na ile to możliwe, ale po stronie pana Liu Tao, panowały co najmniej mieszane uczucia. Na wernisażu nie pojawiła się ani pani dyrektor, ani pani vice dyrektor, co przez tajwańską stronę zostało odebrane ze zrozumiałym znakiem zapytania. Przetłumaczyłem, to co mi przekazano, że wypadło ważne spotkanie w Warszawie, jednak trzeba przyznać, że to nieco zaskakująca sytuacja. Szczególnie, że na wernisażach wystaw odbywających się w tym samym terminie córka Pana Liu, niestety zauważyła obie osoby piastujące najważniejsze stanowiska w muzeum. Może chodziło o to, że Pan Liu nie udał się na wystawę osobiście, a wydelegował jedynie córkę, ze względu na obawy przed zimną polską aurą (pan Liu w tym roku skończył 80 lat) i chodziło o jakieś dyplomatyczne wzajemności. Ciężko mi powiedzieć. Stojąc w roli tłumacza, starałem się przedstawić sytuację jak najdelikatniej.

Wernisaż w oczach znajomych i w mojej prywatnej opinii wypadł mimo wszystko bardzo pozytywnie. Biorąc pod uwagę, że plakaty reklamujące wystawę pojawiły się na dzień przed wernisażem (nie wiem czy to ogólnie przyjęta praktyka), przyszło całkiem sporo osób. Przyszła pewna grupa osób w różnym wieku, uczących się języka chińskiego w Instytucie Konfucjusza, ale także osoby, które nie studiują w żadnym kierunku związanym z Chinami.

Ponieważ w muzeum wcześniej odbywały się wielokrotnie wystawy kaligrafii japońskiej, koreańskiej, pozwolę sobie na własne (niezbyt fachowe uwagi) o zauważonych różnicach. Mnie osobiście na początku rzucił się w oczy sposób prezentacji, którego nie zauważyłem na wystawach kaligrafii w wydaniu japońskim czy koreańskim. Chodzi o połączenie jednozwojowej kaligrafii wraz z węższym dwuzwojowcem. Prace nie są jednym tekstem, a jedynie są zbliżone tematycznie. Czasem wręcz rodzi się tym sposobem jakaś pointa. Można zwrócić też uwagę, na ozdobny papier, z pieczęciami przebijającymi się przez znaki, co w moim pojęciu jest czysto estetycznym zabiegiem, ale faktycznie ubarwia prace. Przy okazji japońskich prac z pewnością więcej było inwencji twórczej autora, czasem pojawiały się wręcz malarskie interpretacje przedstawiania chińskich znaków, w przypadku wystawy chińskiej kaligrafii (a przynajmniej w wydaniu pana Liu Tao) nie było miejsca na taką swobodę. Wydaje mi się, że ozdobne techniki oprawy, czy też indywidualny, ale mieszczący się w tradycyjnych ramach styl pisma, to główne cechy, które czyniły wystawę ciekawszą niż podobne wystawy, które możemy zobaczyć w Chinach czy na Tajwanie. Oczywiście wiele zdziałał też wymuszony, ale bardzo ciekawy sposób prezentacji prac. Ponieważ ścianki działowe uległy uszkodzeniu podczas poprzedzającej wystawę powodzi, prace zostały zawieszone w przestrzeni i w mojej prywatnej ocenie – wystawa wiele na tym zyskała.

Z opinii zasłyszanych na wernisażu, zwróciło moją uwagę zdanie jednego z gości, który podkreślał, że szczególnie pismo pieczęciowe ma w sobie wielką, rzadko spotykaną energię. Znaki chińskie, odbierane przez zachodniego widza, a być może też w samych Chinach, niosą niemalże magiczną moc, a przynajmniej tak są przez niektórych podziwiających tą pradawną sztukę odbierane. Zdarzyły się też osoby, które jakby nie dowierzając, że znaki używane w Japonii mają jeszcze coś wspólnego z Chinami czy Tajwanem, pytały czy obecna na wernisażu córka pana Liu potrafi je zrozumieć.

Wiele osób szczególnie tych nieuczących się chińskiego oceniało prace pod kątem czysto estetycznym i sądząc po ilości zdjęć jakie robiono sobie przy konkretnych pracach, najbardziej podobały się prace z dużym znakiem Buddy (佛 fo), oraz buddyzmu chan (na zachodzie znany jako zen – 禪 chan). Duże znaki, pisane jednym pociągnięciem, w mojej opinii najłatwiej odebrać na zachodzie jako sztukę. Ciekawość wzbudzały też inne teksty buddyjskie, które mogą przykuwać uwagę ilością znaków. Ponieważ w kaligrafii, nie można nanosić poprawek, każdy znak musi być napisany poprawnie przy pierwszym podejściu. Ogrom pracy jaki musi być włożony w tego typu zwoje, sprawia, że ciężko uwierzyć. że tak wieloznakowe prace w ogóle powstają.

Na koniec wystawy, dołożyły się pewne nieporozumienia między muzeum „Manggha” i państwem Liu. Mianowicie córka pana Liu odwiedzając od czasu do czasu wystawę, zauważyła, że praca wywieszona przed wejściem już nie wisi. Gdy wtedy zapytałem co się z pracą stało, dowiedzieliśmy się, że ze względów bezpieczeństwa, ponieważ odbywał się inny wernisaż praca została zdjęta. Jeśli dobrze pamiętam, było to ponad tydzień przed końcem wystawy. Ponieważ pan Liu poprosił mnie bym jeśli to możliwe, był podczas pakowania prac, dopiero wtedy okazało się, że praca ma pewne uszkodzenia i okazało się, że uszkodzenia powstały ponieważ praca… spadła. Sytuacja była o tyle nieprzyjemna, ponieważ państwo Liu byli przekonani, że o takim zdarzeniu byliby poinformowani niezwłocznie, szczególnie, że w czasie trwania wystawy, na miejscu ciągle była córka pana Liu. Wydaje mi się, że brak informacji został odebrany jako próba ukrycia uszkodzeń i uniknięcia odpowiedzialności. Koniec końcem uszkodzenia zostały wycenione przez konserwatora z „Manggha” i muzeum partycypowało w kosztach wysyłki.

Ja ze swojej strony, pozostając w roli tłumacza – pośrednika, nie mogłem uwierzyć, że mam pokwitować odbiór prac przed wysyłką, podczas gdy (co prawda ustnie) „Manggha” i pan Liu umawiali się, że pan Liu pokrywa koszty wysyłki, natomiast Manggha wysyła prace. Po mojej odmowie (wstępnie z rozpędu pokwitowałem, następnie pokwitowanie zostało podarte), padło zdanie, że to „chyba koniec jakiejkolwiek współpracy z Tajwanem” i przy tej okazji, że „była to najtrudniejsza wystawa jaka odbywała się w muzeum „Manggha” (cytowane z pamięci). Koniec końcem bez pokwitowania, z pracownikiem „Mangghi” (gorące podziękowania dla pana Mariusza!) udało się wysłać znaki i te jak otrzymałem wstępne informacje, dotarły bez szwanku.

Mimo takich radosnych kwiatków, wydaje mi się, że wystawa się udała. Wiem, że oficjalne podziękowanie od pana Liu, jest w drodze. Od siebie chciałbym podziękować pani dyrektor Bognie Dziechciaruk-Maj za stworzenie możliwości do organizacji wystawy – wierzę, że wszelkie nieprzyjemności, wynikały jedynie ze splotu nieporozumień w interpretacji zdarzeń przez obie strony – w tym w wyniku moich działań w roli pośrednika. Chciałbym podziękować również pani vice dyrektor Katarzynie Nowak za organizację i opiekę przed wystawą i liczę, że mimo, iż znalazłem się w tak niefortunnej pozycji – współpraca z Tajwanem nie skończy się na tej wystawie kaligrafii. Szczególne podziękowania chciałbym skierować do pani Teresy Leśniak, która właściwie napisała od nowa upstrzoną moimi błędami broszurę, a także przeredagowała z góry na dół, wszystkie etykiety pod pracami na wystawę. Gorące podziękowania należą się też pani Małgorzacie Łapsie-Malawskiej, za opiekę i wiele wysiłku na wszystkich etapach przygotowania i trwania wystawy. Wielkie podziękowania również dla Marty Mazurkiewicz, za świetne zdjęcia z wernisażu i założenie galerii na swojej stronie.

Share on Facebook

Komentarze (1) do wpisu 'Refleksje po wystawie'

  1. Hm, ja żałuję, że nie byłam na wystawie, ale przeczytałam i mam dość podobne odczucia po innej wystawie.
    Kaligrafie pani Kang Min Jia – Japońska koreanka, pracująca w ministerstwie przy ocenie kaligrafów – jednym słowem kaligraficzna szycha ;)
    Chciała pokazać kaligrafię swoich uczniów i swoją, do tego pokaz tańca, warstzaty kaligrafii. Zwróciła się do mnie, bo mamy wspólnego znajomego. Wspólnie pomyśleliśmy o Manggha.

    No i w sumie też byłam tam tylko osobą która spotkała obie strony, więc nie wtrącałam się ogólnie. Pisałam, cyz potrzeba pomocy – nie nie trzeba, a tymczasem ze strony japońskiej ciągle jakieś maile.

    Też była mowa o najtrudniejszej wystawie…

    Wernisaż był w środku tygodnia, nie było żadnych mediów (miały być), żadnych zaproszonych vipów (mieli być), plakat też jakoś późno (wina drukarni)

    Po wernizażu pani Kang prosiła, żebym przesłała jej plakaty.
    Z Manggha kontaktu nie utrzymuje…

    Nie uczestniczyłam, nie wiem do końca co i jak. No coż, może to zbyt spontaniczne było ;)

Zostaw komentarz