Znowu na szanghajskiej ziemi

Na wstępie powiem, że nie przepadam za lotniskiem we Frankfurcie, najzwyczajniej w aktualnych ofertach linii lotniczych, dla mieszkańca Krakowa, jeśli chce się uniknąć wylotu z Warszawy, a przy tym osiągnąć najniższą możliwą cenę biletu lotniczego, najprawdopodobniej właśnie w Frankfurcie przyjdzie nam się przesiadać. Generalnie na moją niechęć do tego lotniska składa się raczej parę drobiazgów, nie tak ważnych by rezygnować z tej opcji, na przykład na rzecz połączenia: Kraków – Warszawa(PKP Intercity) – Moskwa – Szanghaj i z powrotem.

Tym razem, na lotnisku miałem zabawną dla mnie sytuację. Mianowicie, zaopatrując się w prezenty na strefie bezcłowej, pani przy kasie zapytała mnie kontrolnie jaki jest kraj pochodzenia mojej karty płatniczej. Jak odpowiedziałem, po angielsku, przywitała mnie bardzo rodzimą polszczyzną i zaczęliśmy wymieniać już grzeczności w ojczystej mowie. Przy pakowaniu pojawiła się jeszcze jedna ekspedientka i słysząc na koniec rozmowy moje „dziękuję bardzo”, dodała od siebie, coś co najpierw wydało mi się: „dziękuję moc”, ale po krótkiej rozmowie, stało się jasne że chodziło o zwrot po czesku.
Panie dodały, że to jest kasa rządzona polsko-czesko i nikt tam im nie podskakuje.
Po generalnie chłodnych wrażeniach z lotniska, polsko-czeska kasa wybitnie poprawiła mi humor. Stojące za mną w kolejce Niemki, miały wyraz zniesmaczony wyraz twarzy, pogłębiony dziwnym gestem, jakby nosem próbowały malować sufit. Cokolwiek ten gest oznaczał, mi już humoru nie mogło popsuć nawet kolejne opóźnienie samolotu.

Po drodze, po raz pierwszy zdarzyło mi się, że podczas lotu nad zimową Mongolią, panowało bezchmurne, rozświetlone słońcem niebo i miałem okazję napawać się przez długie minuty bezkresnym morzem gór, śniegu i pustkowi. Nie wiem jak dobrze opisać to wrażenie, ale tutaj to nie chodzi o to, że góry zasłaniają horyzont, bo szczególnie z perspektywy samolotu, nie byłoby to prawdą – po prostu górski pejzaż ciągnął się po horyzont i tam znikał. Przepiękne mozaiki malowane przez naturę. Przez długi czas, w tym pejzażu nie było najmniejszych nawet ludzkich osad. Dopiero po kilkunastu minutach (a ciężko powiedzieć kiedy się dołączyłem, gdyż ekrany pokazujące pozycję geograficzną uruchomiły się dopiero blisko Ułan Bator), zaczęły się pojawiać osady, które w tej skali wyglądały jakby ktoś przypadkiem sypnął pieprzem na wielką połać śniegu, a łączył te osady znacząc drogę szpilką. Nie sięgnąłem po aparat w obawie, że przegapię coś interesującego, ale chyba niesłusznie – widoki ciągnęły się przez bardzo długi czas. Pogoda dopisała. Może jeden pasażer fotografujący obficie zjawiska za oknem, dośle zdjęcia, aby moje zachwyty, nie były relacją z cyklu: „szkoda, że państwo tego nie widzą!”. Chociaż zdaję sobie sprawę, że fotografie, robione przez podwójną szybę małego okienka w samolocie, mogą być mało przekonywujące. Polecam jednak, wszystkim, którzy wybierają się do Chin, spróbować wybudzić się na ten odcinek drogi. Jeśli dobrze liczę, to warto zerknąć w dół, około czterech godzin przed lądowaniem w Szanghaju. Jeśli dopisze pogoda, a pora dnia będzie akuratna, gwarantowane niezapomniane widoki.

Sam Szanghaj na wstępie przyprawia mnie o te same nudne wnioski co zwykle: jak to możliwe, że za każdym razem, gdy tu jestem, co parę miesięcy, co pół roku – pojawiają się nowe kilku-piętrowe obwodnice, linie metra, jeszcze więcej szpanersko wysokich wieżowców itd. Oczywiście korki są chyba coraz gęstsze, z racji na jeszcze więcej nowych aut (mimo ciągle aktywnych przetargów na tablice rejestracyjne wypuszczane w limitowanych ilościach co miesiąc) i ciągle tak samo bezsensownego stylu jazdy ( nie ustępuj bliźniemu swemu pod żadnym pozorem ), ale trzeba uczciwie przyznać, że infrastruktura całkiem nieźle nadgania sytuację.

Będę z uporem maniaka powtarzał, że jeśli miałoby to oznaczać, że będziemy mieli w połowie tak dobre drogi jak w Szanghaju, to niech Chińczycy je budują. Niech w przetargach jednym z koronnych punktów oceny, będzie termin oddania drogi. Jakby sytuacja w naszym kraju, nie była dyktowana względami koleżeństwa, lobbingu czy też wpływów europejskich, „śmiakich czy owakich”, to może przetargi byłyby bardziej przejrzyste i nie wypływałyby kolejne afery przetargowe, a zaraz po nich mniejsze, związane na przykład z sprzeniewierzeniem materiałów budowlanych, obniżającym jakość budowanych dróg. Jakby były w tej dziedzinie zakłady bukmacherskie, to stawiałbym w uczciwym przetargu na Chińczyków.

Jest pewna szansa, że byłoby trzy razy szybciej, dwa razy taniej i jeszcze mało kto, zdążyłby sprzedać połowę materiałów budowlanych, na lewo. Skoro żeby wygrać przetarg trzeba by budować w niezłym chińskim tempie, a nie po nocach rozwozić kradziony materiał, to może takie sytuacje udałoby się zminimalizować. Co prawda kontroli respektowania przepisów BHP, inspekcji pod kątem respektowania pracy nie dałoby się uniknąć, do tego warto dla tego typu inwestycji, przydzielać ulgi podatkowe, zwalniać ze składek zdrowotnych na rzecz prywatnych ubezpieczycieli, luzować przepisy pod inwestycję itd. ale to pewnie najlepiej wiedzą sami rządzący, którzy wszystko wiedzą najlepiej jak przychylić nam wyborcom nieba. Szkoda, że czasem wiedzą to tylko w czasie składania obietnic przedwyborczych…

Miałem jeszcze napisać o jakości chińskiej obsługi na podstawie tej z Air China i z świeżej wizyty w China Telecom (taka tutejsza Tepsa), ale nakarmiłem swoje frustracje, rozpisałem się o polskich drogach i wpis się zaczął rozrastać do „nieblogowych” rozmiarów – może więc o tym następnym razem.

Share on Facebook

Zostaw komentarz