O wolności w promocji

Także w Chinach, rozdający ulotki przy co ruchliwszych miejscach, to jedna z częściej używanych form promocji. Nie jest to najbardziej nachalna forma reklamy bowiem zawsze mam wybór czy chcę ulotkę wziąć czy nie. Co więcej, ponieważ tutaj obcokrajowca traktuje się jako „nieczytatego-niepisatego” po chińsku, większość ulotek omija mnie z definicji. Jakby mnie kiedyś naszła straszna ochota brać ulotki, zawsze mógłbym jednak poprosić. No i niektóre mimo wszystko są rozdawane także bladolicym.

Niemniej jednak, w porównaniu do „zaczepiaczy” którzy próbują sprzedać zegarki czy DVD, to dosyć mało przeszkadzające.

Jakież było moje zdziwienie, gdy policmajstrzy, pojawili się z zaskoczenia i zabrali komplet ulotek, jednej rozdającej je dziewczynce. Potem, gdy kolejny mistrz ulotek spostrzegł zagrożenie i pakując komplet ulotek do kieszeni zaczął się oddalać, jego także dogonili i wyrwali ulotki.

Nie wiem czy była to pokazowa akcja, jak czasami z nalotami na sprzedających DVD (zapewne po to by spróbować odebrać w formie nieformalnej kary, część zarobków), czy też wynik wdrożenia jakiś przepisów (na przykład w związku z zaśmiecaniem tymiż ulotkami korytarzy stacji metra). Niemniej jednak taki zamach na reklamę (która jak wiadomo jest dźwignią handlu), wydaje się dosyć zastanawiający.

O telewizji i trzęsieniu jeszcze

Normalnie, staram się raczej unikać telewizji, tym razem jednak napadła mnie mimowolnie. Nie będę ukrywał, że obrazki z obszaru trzęsienia, mogą poruszyć. Tragedia jak to bywa, ma swój masowy wymiar w statystykach i te bardzo poruszające historie jednostek. Jednak ciągle jest to przeplatane jakimś wykrzywiającym rzeczywistość spektaklem.

Przed kamerami uczniowie szkoły podstawowej ustawieni w rządku, wrzucający do puszki datki na pomoc ofiarom trzęsienia. Potem scenka w szpitalu, staruszek na oko 105-letni, przed kamerami darujący kopertę i wygłaszający kwestię w rodzaju: „jeszcze mogę jakoś pomóc”. Wszystko jakby zaaranżowane, grane przed kamerami, by bardziej wzruszyć. Do tego, naczelni wodzowie, prezydent i premier – na każdym obrazku – obiecujący, chwalący, kierujący akcją ratowniczą.

Niczym w starym dowcipie ze Stalinem:

Dzień 1 – włączam telewizor, a tam Stalin.
Dzień 2 – włączam radio, a tam Stalin.
Dzień 3 – otwieram gazetę, a tam Stalin.
Dzień 4 – boję się otworzyć puszkę sardynek.

Nie wątpię, że w obliczu tak wielkiej tragedii, na pewno jest wiele spontanicznej chęci pomocy. Cała ta szopka, odziera jednak wszystko z realności.

Share on Facebook

Zostaw komentarz