Płomień olimpijski w Szanghaju

Nie należę do entuzjastów tłumnego gromadzenia się w jakimś miejscu, tylko dlatego, że ktoś się przebiegnie trzymając zapalony patyk. Kierując się jednak instynktem stadnym, postanowiłem zobaczyć na własne oczy, cóż też z 20-milionowego miasta, zrobi przekazanie ognia olimpijskiego. Tłumaczyłem sobie, w końcu dzieje się to raz w Chinach, a że akurat mam rzut beretem, to czemu nie zrobić paru fotek. A nuże, podzieje się coś jeszcze bardziej historycznego. Żądny sensacji, lub przynajmniej pamiątkowych ujęć zarejestrowanych kamerą, zaplanowałem ruszyć ze znajomymi na polowanie.

Na nieszczęście przeciwności losu zaczęły się piętrzyć jeszcze poprzedniego dnia. Przylot znajomej, którą późnym wieczorem miałem odbierać z lotniska, opóźnił się o ponad godzinę. Okrutny los, odarł mnie więc z przywileju wyspania się przed wczesnym wstawaniem. Do tego warunki atmosferyczne, postanowiły przywitać przekazanie ognia w iście szanghajskim stylu. Higrometry (przynajmniej te w lokalnej prasie) pokazywały 86% wilgotności powietrza. Taka wilgotność przy 32 stopniach w cieniu, wywołuje w moim organizmie prostą reakcję obronną:

Plan A – poruszaj się, wkładając jak najmniej wysiłku, po linii możliwie prostej, na drodze do najbliższego miejsca z klimatyzacją;

Plan B – (rezerwowy), zapewniając sobie dostawy zimnych płynów, nie ruszaj się z najbliższego zacienionego miejsca, czekając na pomoc ludzi dobrej woli (w czynności zaniesienia do miejsca z klimatyzacją).

Ignorując jednak te zdrowe sygnały, uzbrojony w kamerę, wybrałem się w miejsce, gdzie jak wieść gminna niosła, można było zobaczyć „biegnącą pochodnię”. Dzikie tłumy, powiewające mniejsze i większe flagi, kupa wojska i policji. Wszystko to mogło dać chociażby przeczucie, że miejsce wybraliśmy dobre. Ponieważ, tak zwana dobra miejscówka, szybko została dostrzeżona nie tylko przez nas, ale również przez 8 tuzinów Chińczyków, trzeba było stosować rozwiązania improwizowane.

Tłum na każdy manewr wojska czy policji, zamykającej lub otwierającej arterie komunikacyjne, reagował spazmatycznie. Okrzyki które w wolnym tłumaczeniu można by tłumaczyć jako „Do boju! Chiny!” (加油中国)oraz wymachiwanie flagami, utrzymywały nas w przeświadczeniu, że już za moment, stanie się rzecz warta obfotografowania.

Tak więc, aby nie przegapić historycznego momentu w obiektywie, spory czas wystałem z koleżanką na ramionach (w klasycznym zestawie „na barana”), co w tą pogodę stanowiło kawał męskiej przygody. W międzyczasie, wybijając się tak z tłumu (w wspomnianej genialnej miejscówce), zostałem wraz z koleżanką obfotografowany przez 12 tuzinów Chińczyków, w tym przynajmniej jednego fotografa sądząc po zestawie sprzętu – profesjonalnego. Jeśli więc moje zdjęcia pojawią się w jakiejś lokalnej prasie, to proszę mnie nie urabiać w jakiegoś fanatycznego zwolennika jakiejkolwiek polityki. Wybrałem się zobaczyć wydarzenie.

Po pewnej dłuższej chwili, zrywów i niemalże słyszalnych jęków zawodu oraz wielu manewrów wojska – a także otrzymanej wiadomości od znajomych, że jest wielce prawdopodobne, że trasa przebiegła odrobinę obok i że pochodnia jest już nieco daleko, mogłem wreszcie docenić licznie zgromadzone w tym miejscu tłumy.

Jeśli czuć się idiotą, odrobinę łagodzi cios fakt, gdy wokół takich samych idiotów stoi kilkanaście tysięcy :)

Co prawda, jeszcze w odrobinę dalszej okolicy pochodnia jest jeszcze jutro, ale myślę, że ja już wydarzenie „wybranie się aby zobaczyć ogień olimpijski”, mogę odfajkować jako wykonane :)

Share on Facebook

Komentarze (1) do wpisu 'Płomień olimpijski w Szanghaju'

  1. Hehehe.. Plan poruszania jest mistrzowski ;)

Zostaw komentarz